Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Żartuję chyba

agalcio

Nie jestem w stanie na poważnie rozmawiać na żaden temat. Ostatnio po prostu brakuje mi cierpliwości nawet na to aby dyskutować i spierać się z kimkolwiek. Niczyje poglądy mnie nie obchodzą. Pracuję, czytam, oglądam filmy, medytuję. Czasami choruję. Czasami jest mi smutno. Boję się lub martwię. Ale zupełnie nie mam już ochoty komentować i zmieniać świata. Ot, przeszło mi. Nawet pisać dla nikogo, oprócz siebie ochoty nie mam. Ponieważ zostawiłam tego mojego bloga takiego niedokończonego, to postanowiłam dodać ten ostatni wpis. Dla porządku.

Tutaj raczej już nie wrócę. Czas na inne sprawy przeznaczam i żegnam. Życie zabrało mnie w zupełnie inną podróż niż się spodziewałam. Nie lubię być tak zaskakiwana a jednak mnie to cieszy. Odkrywam w sobie zupełnie nowe możliwości. Ponieważ zamykam ten rozdział to życzę wszystkim pozytywnych zmian w Nowym Roku i w latach kolejnych. Powodzenia!

The End

Kontrola

agalcio

Jestem osobą dosyć neurotyczną – niektórzy zapewne argumentowaliby nawet, że bardzo neurotyczną. Wszędzie widzę zagrożenia, często mam poczucie, że nie jestem akceptowana, a na dodatek cierpię na różne lęki i fobie. Do tej pory ‘wspaniale’ sobie radziłam przekonana, że przynajmniej mogę unikać sytuacji, w których byłabym pozbawiona nad nimi pełnej kontroli.

Oczywiście sama siebie okłamywałam. Wszak nie mamy nad własnym życiem aż takiej kontroli jakbyśmy zapewne pragnęli. Możemy do pewnego stopnia wybierać własne zachowanie. Możemy decydować którą z prezentowanych opcji wybierzemy. W ostateczności możemy nawet zamknąć się w czterech ścianach pokoju i nie wyściubiać nosa w celu uniknięcia wszystkich nieprzewidywalnych czynników zewnętrznych w naszym życiu. Lecz cóż to za życie?

Na dodatek, ja nie tylko próbuję kontrolować samą siebie, swoje zachowanie i emocje – ale z pełną premedytacją próbuję kontrolować zachowania i emocje innych osób. To dopiero niewykonalne zadanie! Naturalnie, kiedy te osoby trzecie nie chcą czuć ani czynić według mojego widzimisię, nie tylko nie jestem tym faktem zachwycona, ale również niszczę z nimi dobre relacje. Któż bowiem lubi być przez kogokolwiek kontrolowany?

Nie wyobrażacie sobie (a może właśnie świetnie to rozumiecie) jak trudne jest przestać kierować życiem innych. Takie niewinne komentarze typu: ‘Nie skręcamy w lewo? Tak? To czemu nie zmienisz pasa?’ potrafią wszak zdenerwować kierowcę. Osobiście uwielbiam szkolić i radzić (takie skrzywienie zawodowe), więc jak tu przestać w życiu prywatnym? Bo o ile szkolenie zawodowe pracowników w biurze jest niezbędne, to jednak niekończące się szkolenie partnera, brata, lub przyjaciółki mija się z celem – wszak są oni dorośli i prawo pełne mają do własnych wyborów i pomyłek. Tak samo przecież i ja chcę mieć prawo do własnych decyzji!

Mój nowy eksperyment, podzielę się dzisiaj z Wami, polega więc na zmilczeniu. Nie dawaniu rad – o ile mnie nie poproszą, a i wtedy z umiarem. Nie krytykowaniu decyzji (szczególnie podczas jazdy samochodem :-) oraz nie komentowaniu ich pod kątem własnych opinii. Chociaż jest to niezmiernie dla mnie trudne, postanowiłam zaufać, że inni zajmą się swoim własnym życiem w stopniu zadowalającym (dla nich – nie dla mnie!). Ja tymczasem postaram się zająć swoim własnym.

Na szczęście nie dotyczy to wpisów tutaj – potrzebuję przynajmniej jednego miejsca gdzie mogę podzielić się swoimi osobistymi przemyśleniami :)

za_malo_zaufania_za_duzo_zlosci_2

Odpowiedzialność

agalcio

Czasami zastanawiam się, jak daleko zajdziemy w przeświadczeniu, że wszystko co nam się przydarza zależy od nas samych. Każda decyzja jaką podejmujemy ma naturalnie wpływ na nasze życie – a nawet na życie innych ludzi. Do jakiego stopnia jednak kontrolujemy lub jesteśmy w stanie przewidzieć wszystkie efekty naszych decyzji? Czy jednak nie jesteśmy w równym stopniu zależni od czynników zewnętrznych, niezależnych od nas?

Pytania te same mi się nasuwają, kiedy czytam jak sąd postanowił odebrać dzieci chorej, otyłej kobiecie. Nie wiem czym dokładnie kierował się sąd i w jaki sposób te dzieci w domu dziecka mają lepsze warunki niż z własną matką. Zbyt mało szczegółów jest opisane, aby z pewnością stwierdzić, czy decyzja sądu jest słuszna. Nigdzie jednak nie jest napisane, że w jakiś sposób swoje dzieci maltretuje… Jedno jest jednak pewne – wybitnie pokazuje to, że sąd zdecydował, że matka nie jest zdolna do opieki nad własnymi dziećmi.

Oczywiście, to przykre, że kobieta jest chora. To równie nieprzyjemne, że jest otyła i być może nie świeci najlepszym przykładem dla własnych dzieci. Czy jest ona jednak w pełni odpowiedzialna za swój los, za chorobę, za otyłość, być może problemy finansowe i brak umiejętności wychowawczych? Czy jest to w części jednak wina społeczeństwa, kultury, edukacji, infrastruktury, pracy, poziomu pomocy społecznej… mogę tak wymieniać.

I jeśli jest to problem ogólnospołeczny, to dlaczego sąd nie zasądzi specjalnej pomocy takiej matce, tak aby dzieci mogły pozostać we własnym domu? I to w kraju, gdzie istnieje taki nacisk na wielodzietność i świętość rodziny. Gdzie jak wiemy, karierowiczki są pariasami bo zbyt późno (o ile w ogóle) decydują się na dziecko?

Najwyraźniej jednak łatwiej jest potępić indywidualną matkę, za jej brak umiejętności lub możliwości opieki nad własnymi dziećmi, oraz umieścić jej dzieci w domu dziecka, gdzie raczej brakować będzie im emocjonalnej więzi rodzicielskiej. Być może jest to tańsze rozwiązanie, nie wiem. Być może jest to praktyczniejsze rozwiązanie, niż pomoc indywidualna, nie wiem. Jasne jednak dla mnie jest, że sąd uważa, że odpowiedzialność za wychowanie dzieci należy jedynie i wyłącznie do ich matki, a warunki i społeczeństwo w której przyszło jej żyć, nie ma najmniejszego znaczenia… Smutne.

Uwaga sarkazm.

Kobiety, zabierajcie się więc do rodzenia dzieci. Jednak jeśli coś Wam w ich wychowaniu się nie uda, to nie liczcie na pomoc państwa… Ono zapewne ograniczy się do odebrania Waszych pociech aby zapełnić nasze wspaniałe domy dziecka.

Bezdzietność

agalcio

Temat prawdziwie rozpalający emocje. Wydaje się, że bezdzietni z dzieciatymi bez końca toczą walki o swoje niekompatybilne filozofie życiowe. Ilość komentarzy oraz ich stronniczość pod tą krytyką do jednego z filmików kampanii społecznej, który zachęcać ma nas do rodzicielstwa jest tego dowodem…

Całkiem rozumiem krytykę tego spotu, który zakłada, że kobiety robiące karierę i czekające z macierzyństwem zbyt długo będą w efekcie nieszczęśliwe. Jak i komentujący, zastanawiam się, czy autorzy zapomnieli o tysiącu innych czynników, które powodują, że kobiety odkładają plany macierzyńskie na późniejszy (być może zupełnie nierealny) termin. Stereotypowe spojrzenie na rolę kobiety jest moim drugim zarzutem – wszak bezdzietna karierowiczka musi oczywiście być niespełnioną, nieszczęśliwą kobietą, prawda?

W drugiej strony, sądzę, że tym, którzy chcą mieć potomstwo, fakt ten powinno się ułatwiać. Obojgu rodzicom. Urlopy macierzyńskie i tacierzyńskie. Żłobki i przedszkola. To takie minimum… ale jak tu decydować się na dziecko kiedy to matka ponosi praktycznie wszystkie koszty? Cóż. Nic dziwnego, że niektóre kobiety czekają, aż będzie je stać na dziecko, a potem faktycznie żałują, bo czekały zbyt długo. Ale czy był to ich wybór?

Ja sama jestem bezdzietna z wyboru. Co prawda, kiedyś wydawało mi się, że chcę mieć dzieci. Wyobrażałam sobie tę bezwarunkową miłość dziecka i wydawało mi się, że właśnie tego potrzebuję aby zapełnić pustkę emocjonalną w moim życiu. Jakże egoistycznie! Teraz jednak wiem, że nie tego mi trzeba aby mieć poczucie, że moje życie ma cel i sens. W dodatku na własnej skórze, będąc weekendową macochą, poznałam ‘uroki’ rodzicielstwa. Na szczęście Ojciec zajmuje się swoimi pociechami – gdyby nie ten fakt, to prawdopodobnie wstałabym i wyszła i z domu i z tej relacji. Po prostu nie jestem typem mamuśki. I tyle.

Dlatego też nie żałuję ani przez moment, że robiłam i robię tak zwaną karierę. Nie żałuję, że nie jestem żoną i matką. Nie żałuję, że cały swój wolny czas poświęcam na własne zainteresowania. Spytacie czy za kilka lat nie pożałuję? A figę! Jeśli po czterdziestce nagle stracę tę pewność i stwierdzę, że chcę mieć dziecko to z czystym sumieniem zapiszę się do psychiatry – bo to normalne w moim przypadku po prostu nie będzie :P

Osobiście oczywiście znam kobiety, w których po trzydziestce a nawet czterdziestce nagle obudziły się silne instynkty macierzyńskie. One same opisują to doznanie jako kompletną utratę kontroli i wręcz poczucie słyszenia tykania biologicznego zegara. Powiedzcie sami, czy to nie kwalifikuje się na wizytę na oddziale psychiatrycznym? Jasne, przesadzam – ale jedynie odrobinę ;)

Odkrycie

agalcio

Kiedyś już pisałam, że cierpię na migreny. Życie z bólem – jakimkolwiek bólem – nie jest łatwe. Czasami potrafi on być tak nieznośny, że człowiekowi zupełnie odechciewa się żyć. Najchętniej wypisałby się z życia na te kilka dni, kiedy żadne leki nie pomagają…

Czasami miewam i inne bóle, ale to właśnie migreny psychicznie i fizycznie potrafią mnie kompletnie wykańczać. Czytam więc co tylko się da na temat zapobiegania i leczenia tej mojej przypadłości. Niestety jest ona z tych, których przyczyn do końca jeszcze nie znamy. Zwykle skurcz i rozkurcz naczyń w mózgu wywołuje atak – ale przyczyn tych zmian może być mnóstwo i wydają się być bardzo indywidualne: hormony, nadciśnienie, czekolada, kawa, stres i inne.

Migreny nie są obojętne dla zdrowia. To nie jest po prostu ból głowy, który, owszem zabiera kilka dni ale nie pozostawia trwałego śladu. Niestety, badania wykazały, że migreny powodują fizyczne zmiany w mózgu – każdy atak więc to taki mini wylew. Zmniejszenie częstotliwości migren wydaje się być więc dobrym pomysłem.

Od lat zapisuję każdy atak migreny – datę, typ (lewostronna vs prawostronna, aura lub jej brak), czas trwania (w godzinach) oraz skuteczność leków. Wydawałoby się więc, że powinnam być z stanie zauważyć jakieś zależności – na przykład: czy picie kawy lub jedzenie czekolady wywołuje u mnie migreny? I owszem – odkryłam jedną ważną zależność – stres!

Moja praca to główne źródło stresu. Taki już ze mnie typ, że kiedy coś nie idzie po mojej myśli, to zamartwiam się niewspółmiernie. Kiedy zadań jest zbyt dużo, to pracuję po godzinach próbując dokonać niemożliwego. Ignoruję wszelkie sprzeciwy własnego organizmu bo zależy mi na osiągnięciu moich profesjonalnych celów. Ewentualnie wychodzę w piątek z biura i całe tygodniowe napięcie ulatnia się z mojego krwiobiegu – BACH: migrena! Weekend cierpienia (odpoczynek z migreną to żaden odpoczynek!) i powrót do takiego samego stresującego tygodnia w pracy.

Ostatnio jak pisałam miałam miesiąc większego luzu – mniej zadań i spraw niecierpiących zwłoki – więcej czasu na szkolenia i samokształcenie. Spokojniejsze dni i mniej zmartwień. Czas na ruch i medytacje. Czas na ulubione zajęcie – czytanie…

Równowaga. Jedyny sposób na moje cierpienie. Brak stresu = brak migren.

Proste równanie. Jednak praktycznie niemożliwe do zrealizowania w normalnych warunkach mojego życia – wtedy, kiedy każdy dzień w pracy wypełniony jest zadaniami i zmartwieniami po brzegi. Jak nie reagować w niezdrowy sposób w takich okolicznościach – oto byłoby odkrycie mojego życia. Zadania zaczynają się zagęszczać w moim kalendarzu a ja martwię się o moją świeżo osiągniętą równowagę i jej ulotność. Zawsze zazdrościłam bardziej flegmatycznym osobowościom ich umiejętności zachowania spokoju nawet w stresujących warunkach. Teraz tego właśnie potrzebuję się nauczyć bo nie chcę znowu cierpieć z powodu cotygodniowych migren. Mówię dość!

Dla zainteresowanych grafika obrazująca fazy migreny (źródło: New Scientist):

Migraine_Attack

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci