Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Normalna

agalcio

Czasami wyobrażam sobie, że jestem normalna. Jako kobieta, mam oczywiście męża i dwójkę dzieci. Jestem też kobieco zaokrąglona i nawet wydaję się atrakcyjna kiedy założę sukienkę i zrobię makijaż. W pracy oczywiście odnoszę jakieś sukcesy chociaż oczywiście nie spędzam w niej aż tyle czasu bo w moim życiu liczy się balans. Mam jakiejś zdrowe i inspirujące zainteresowania – może jogging rano i lekcje rysunku popołudniami. Jestem ze swojego życia względnie zadowolona i czuję się wystarczająco spełniona na wszystkich frontach.

Taki wyidealizowany obraz normalności istnieje w mojej wyobraźni. Moja kuzynka mniej więcej wpasowuje się w ten obrazek. Prowadzi z mężem własną firmę. Mają oczywiście dwójkę dzieci. Jest atrakcyjna – zazdrościłam jej gdy byłyśmy młode, bo chłopaków miała na pęczki a ja w tamtych czasach sądziłam, że zawsze pozostanę samotna. Ruch i sztuka to również jej domeny – ukończyła nawet Akademię Sztuk Pięknych.

Oczywiście znam również kobiety, które odbiegają od tego szablonu. Rozwiedzione. Z jednym dzieckiem. Palaczki lub mające problemy zdrowotne. Singielki. Lesbijki. Bezdzietne. Grube. Bezrobotne. Są to raczej wyjątki – większość przynajmniej gra swoje społecznie przypisane role: żony i matki.

Patrzę czasami głęboko w oczy swojemu odbiciu w lustrze. Z jednym pytaniem – dlaczego nie jestem normalna? Nie potrafię w nich niczego wyczytać. Nie ma odpowiedzi. Jestem uparta jak osioł w moich wyborach i moich przekonaniach. Lubię mieć moje życie dla samej siebie. Jestem egoistką. Nie chcę poświęcać mojego życia dla innych – nawet najbliższych. Owszem, mogę pomagać od czasu do czasu. Jest to jednak ułamek tego, co dobra żona i matka codziennie poświęca dla męża i dzieci.

Podziwiam te wszystkie normalne kobiety. Codziennie ubierające marudzące dzieci, przygotowujące drugie śniadanie i nakłaniające potomstwo do zjedzenia tego pierwszego. Docierające w końcu do pracy po odwiezieniu dzieci do przedszkoli i szkół. Biorące dni urlopowe z powodu ich choroby – bo chorobowe przecież nie wystarcza na poważniejszą dziecięcą gorączkę. Kobiety, które po pracy stoją przy kuchni, gotując rodzinie obiad. Wieczorem czytające dzieciom bajki na dobranoc. Zasypiające przy włączonym telewizorze – ewentualnie z nosem w otwartej wciąż na pierwszej stronie książce. Te normalne kobiety, które piorą, sprzątają, gotują, lub przygotowują urodzinowe przyjęcia w weekendy. Podziwiam po prostu.

Wiem, że istnieją mężczyźni, którzy dzielą się tymi wszystkimi obowiązkami. Oczywiście – to szczęście na takiego trafić. Ja sama takie szczęście miałam i podział domowych prac w moim domu jest nieco nierówny, na niekorzyść mojego partnera. Jednak w tak wielu kobietach istnieje potrzeba zadbania o wszystko – zarówno w pracy jak i w domu. W tak wielu tych normalnych kobietach istnieje potrzeba kontroli wszystkiego – aby nikt nie był głodny, aby wszystko było idealnie czyste, aby wszyscy wokół byli zadowoleni… Nawet gdy proszą w końcu o pomoc, jest to jedynie oznaka ich wycieńczenia. Bo przecież najchętniej zrobiłyby wszystko same!

Patrząc sobie w lustrze w oczy, widzę strach. To lęk przed moją własną potrzebą kontroli i zadbania o wszystko. Przy jednoczesnej niechęci do proszenia o pomoc. Mam świadomość, ze gdybym chciała mieć dzieci, to wypaliłabym wszystkie pokłady energii, zanim prosiłabym o pomoc. Wybieram więc łatwiejszą drogę. Unikam wypełnienia tej społecznej roli aby zaoszczędzony w ten sposób czas przeznaczać na pisanie, rozrywki i odpoczynek. W ten sposób mogę być leniwa. Mogę czytać i pisać, kiedy mam na to ochotę. Mogę rozmyślać i medytować. Mogę nawet pracować do późna lub spać w weekendy. Mogę odciąć się od całego świata gdy atakuje mnie migrena. Żadne z tych aktywności (lub brak aktywności) nie byłyby możliwe, gdybym wybrała bycie normalną i odpowiedzialną kobietą. Jestem szczęściarą – jestem nienormalna.

Dzika kobieta

agalcio

Czytam fascynującą książkę. Jest to dla mnie dosyć nietypowe, aby podobała mi się taka pełna mitów i ich interpretacji opowieść. Ale przyznać muszę, że znajduję w tych historiach siebie samą. Niektóre opowieści wydają się prawie dosłownie odnosić do moich przeżyć. Oczywiście większość wymaga dosyć głębokiej interpretacji, z którą autorka nam na szczęście pomaga.

Nie potrafię niestety pisać recenzji – więc niewiele napiszę o tym o czym ta książka opowiada. Dla mnie opisuje ona różne ścieżki, którymi podążamy w życiu, aby powrócić do siebie. Niektóre kobiety, odkrywają swoją dzikość (możemy ją też nazwać instynktem) znacznie wcześniej. Być może ich natura nie poddaje się zmianom, opiniom innych lub naciskami kulturowymi i zachowują swój instynkt z czasów dzieciństwa. Ja sama, zgubiłam moją dziką naturę gdzieś po drodze i powoli, powolutku do niej wracam.

Szczególnie części opisujący brak kreatywności w kobiecym życiu i wpływ tego braku na niski poziom energii, chęci do życia, lub wręcz depresję, przypominają mi te lata, kiedy niczego nie tworzyłam. Trwałam jakby zamrożona, beznamiętna i wykończona w rutynie codziennych działań.

Moja praca wysysała ze mnie ostatnie siły i często miałam uczucie, że nic w niej nie osiągam. Przetrwałam jednak ten okres, aby od nie tak dawna odkryć moje zdolności w pisaniu i nagrywaniu materiałów szkoleniowych. Dzięki tej nowej roli, czuję, że jednocześnie zaspokajam moją potrzebę tworzenia oraz pomagam pracownikom – rozwiązuję ich bolączki. W końcu czuję z mojej pracy większe zadowolenie. I nie wracam już kompletnie wykończona po całym dniu bezsensownego dreptania w kółko.

Pisanie i nagrywanie medytacji pozwala mi również zaspokoić moje twórcze potrzeby poza pracą. Nie są to bardzo ambitne przedsięwzięcia ale sprawiają mi radość. Na nowo odkryłam też książkę, którą zaczęłam pisać trzy lata temu – i mam nadzieję powrócić do tego pisania. Zawsze miałam wybujałą wyobraźnię i we własnym umyśle wymyślałam przeróżne historie – nigdy jednak ich nie zapisywałam. Przekonana byłam o ich nieważności i moim braku talentu. Tak jakby każdy piszący musiał go posiadać.

Zawsze byłam swoim najbardziej surowym krytykiem. I tego też oczekiwałam od innych – nawet najbliższych osób. Nawet brak krytyki potrafię wykorzystać jako wymówkę… bo skoro nie ma pozytywnych reakcji to przecież tworzenie czegokolwiek nie ma sensu. Lecz są to jedynie wymówki. Nie chcę już czekać na pochwały i brawa. Chociaż cieszy mnie poparcie mojego partnera w każdej decyzji jaką podejmuję (on jest wyjątkowo nieprzeciętny w tym zakresie), jestem przekonana, że potrafię już też wspierać samą siebie. Ten zdrowy egoizm jest niezbędny aby powrócić do mojej natury – dzikiej i niepowstrzymanej niczym rwący górski strumień…

Ten czterdziesty rok mojego życia planuję spędzić odkrywając moje zdolności i talenty. Chcę pisać, nagrywać i szkolić. Rozwijać te moje umiejętności oraz poznawać nowe. Być może są tam we mnie jakieś do tej pory nieodkryte a ciekawe potencjały…

Wszystkim kobietom – i nie tylko – polecam poczytać: Biegnąca z wilkami. Archetyp Dzikiej Kobiety w mitach i legendach, Clarissa Pinkola Estés.

Męczący urlop

agalcio

W tym roku poświęciłam własne potrzeby i preferencje aby sprawić radość partnerowi i odwiedzić tym razem jego rodzinę. Było to dla mnie wyjątkowo męczące doświadczenie – z wielu powodów. Jednym z nich była panująca w kraju jego pochodzenia temperatura. Ponad trzydzieści stopni w cieniu przy dużej wilgotności powietrza jest dla mnie prawie zabójcze. Nic dziwnego więc, że przez pierwszy tydzień pobytu nękała mnie koszmarna migrena. Jednak widocznie przyzwyczaiłam się nieco po tych pierwszych dniach szoku termicznego, bo drugi tydzień minął przynajmniej bez bólu. W każdym razie bez bólu głowy.

Inny ból jednak – wynikający głównie z rosnącej frustracji nie ustąpił. Zapewne wiele osób doświadcza podobnych uczuć, odwiedzając rodzinę – zarówno własną rodzinę jak i tę dalszą. Chociaż moja rodzina jest już do mnie przyzwyczajona…

Dwa tygodnie mojego urlopu przeniosły mnie w świat mojego dzieciństwa. Znowu nie miałam prawie żadnego wpływu na to co robiłam i na to co jadłam. Większość dni była zaplanowana na odwiedziny u rodzeństwa mojego partnera i tak po kolei spędzaliśmy wieczory u jego brata, jednej i drugiej siostry. Do tego rodzinny wyjazd gdzie mieszkaliśmy w drewnianej chatce, gdzie nie zrobiono osobnych sypialni – więc czułam się jak na koloniach. Żadnej prywatności i możliwości odpoczynku w odosobnieniu – dla mnie dwie najważniejsze warunki konieczne – NIEZBĘDNE – do zachowania równowagi emocjonalnej. Innymi słowy, kompletnie wariuję, jeśli nie mam zapewnionej możliwości odpoczynku od ludzi.

Równie frustrujący był fakt, że nie miałam prawie żadnego wpływu na to co jadłam. W przeszłości spędziłam zbyt wiele czasu na zaburzone odżywianie. Z doświadczenia wiem, że ograniczanie jedzenia i niewystarczające posiłki prowadzą u mnie do poważnych epizodów niepohamowanego obżarstwa. Inaczej tego nazwać nie mogę. Ale już od długiego czasu – lat iluś – stosuję zasady uważnego odżywiania i zapewniam sobie zdrowe i regularne posiłki, aby nie dopuścić do napadu ‘wilczego’ głodu.

Niestety nie mogłam codziennie robić fochów i wybrzydzać na niewielką ilość produktów żywnościowych na stole. W końcu byłam gościem i próbowałam być dobrze wychowaną osobą. Nie mogliśmy żywić się poza domem bez sprawienia przykrości naszym gospodarzom. Owszem zakupiliśmy trochę produktów, ale mama od razu zareagowała negatywnie: że jak to, oni przecież wszystko mają dla nas… Nieważne, że to co zakupiliśmy, nam miało smakować a nie jej przecież. I tak, z dnia na dzień moja frustracja rosła.

To moja uraza z dzieciństwa. Ograniczanie jedzenia łączę niepodzielnie z próbą moich rodziców odchudzenia mnie – ich grubej córki. Oczywiście próbą kompletnie nieudaną – jak wyżej pisałam – jedynym jej efektem były zaburzenia sytości i poczucie nieopanowanego głodu. Chcieli dobrze oczywiście, więc nie mam już o to pretensji. Trudno. Jednak powrót w życiu dorosłym do sytuacji z dzieciństwa wywołał we mnie okropnie, przeraźliwie smutne uczucia. Czułam się zraniona i nieakceptowana a jednocześnie niewdzięczna – bo przecież nasi gospodarze gościli nas najlepiej, jak potrafili.

Powrót do domu i do pracy był więc dla mnie odpoczynkiem. Mogę decydować o wszystkim i znowu czuć się dorosłą i odpowiedzialną osobą. Powoli powracam do równowagi, osiągniętej latami pracy nad sobą samą. Umiarkowany ruch, zdrowe odżywianie, ośmiogodzinny sen (z tym zawsze najtrudniej!) oraz czas dla samej siebie (medytacje!). Tak niewiele potrzebuję, aby zachować rozum :)

Cały wyjazd nie był jednak kompletnym nieporozumieniem. Zainspirowana wieczornymi pobytami na plaży, nagrałam bowiem kolejną medytację. Być może, ta krótka wizualizacja morza i piasku, przypomni mi te przyjemniejsze letnie chwile…

urlop

Chciał dobrze

agalcio

Przy okazji odwiedzin mojego Taty, który niepytany dzieli się swoimi dobrymi radami, będzie dzisiaj o typowym: „chcę przecież jedynie Tobie pomóc”. Szczególnie dotyczy ten wpis wszystkich z nas, których natura oraz (lub) styl życia obdarzyli większymi gabarytami. Wszak przypominanie nam o tym fakcie, niezmiennie skutkuje tym, że ‘bierzemy się za siebie’ i tracimy na wadze w rekordowym czasie – czyli nigdy.

Ostatnio mam problem zdrowotny, który do tej pory nie znalazł swojej przyczyny. Lekarze jeszcze się nie poddali i wysyłają mnie na kolejne badania i testy. Żaden z lekarzy za przyczynę mojego bólu nie podał mojej wagi – wręcz przeciwnie, kiedy zapytałam czy to możliwe, że jest ona powodem moich problemów, każdy kręcił głową i mówił, że nie. Akurat w przypadku mojego problemu, waga najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia…

Cóż, mój Ojciec jednak ma swoje własne zdanie. Dla niego wszystkie zdrowotne problemy muszą wynikać z moich błędów żywieniowych. Wszak nie ma innego wyjścia i gruba jestem bo za dużo jem. Nie zauważył widocznie podczas swojej wizyty, że ilość posiłków oraz ich wielkość niczym nie różniła się od tego, co wsuwała ze smakiem jego szczupła narzeczona. W dodatku, aktywne jesteśmy też porównywalnie – ja wiele chodzę (na co dzień nie mam samochodu) – ona chodzi raz w tygodniu na zajęcia zumby i innych ale za to prawie wszędzie jeździ.

Zapomnijmy jednak o porównaniach bo są one w sumie kompletnie nieważne. Nawet gdybym jadła za dwóch i nie ruszała się z kanapy, nadal mój problem zdrowotny nie wynika z mojej wagi. Ani z braku ruchu. Ani z powodu tego, co pakuję do żołądka. No ale przecież, on chciał dobrze, prawda?

Mój Tato jest jednym z tych ludzi, do których musiałam jakoś się przyzwyczaić. Tych, którzy przy śniadaniu sami ze sobą zaczynają konwersację w tym oto stylu: „Zjadłbym jeszcze jednego naleśnika ale już go nie potrzebuję. Chcę, ale nie potrzebuję. Bo szczupłym wolę być. Ale zjadłbym jeszcze. Ale nie potrzebuję.” Reszta zebranych przy stole, wcinając kolejne naleśniki patrzy wielkimi oczami jak taki człowiek się sam ze sobą męczy. I jednocześnie szuka potwierdzenia u innych. Ta właśnie część tak mnie dobija – to czekanie na aprobatę diety przez resztę towarzystwa. Jak dobrze, że mój partner też odpowiada na to: „A ja chcę i jem. W końcu jeśli mam na to ochotę to znaczy, że widocznie potrzebuję”.

Szczerze mówiąc, mam to w nosie ile naleśników on ‘potrzebuje’ albo ‘chce’. Póki są na stole, niech je. Nie ma potrzeby komentować swojego wyboru w nadziei, że inni potwierdzą, że faktycznie, on jednak nie potrzebuje jeść kolejnego naleśnika bo prosto w biodra mu pójdzie. No, w jego przypadku w brzuch. Abstrahując od ilości wypijanego piwa, które zapewne jest główną przyczyną tatusiowego brzuszka, każdy z nas może podejmować własne decyzje. I nie musi nikogo kontrolować ani być kontrolowanym. Ależ ta cała sytuacja przypomniała mi czasy dzieciństwa, kiedy to moi rodzice przy prawie każdym posiłku takie pytania mi zadawali: czy na pewno potrzebujesz aż tyle jeść? Och, spróbowałabym powiedzieć: „Czy na pewno potrzebujesz pić kolejne piwo?” Ależ by się działo :)

Odczepcie się proszę wszyscy od cudzych talerzy i przestańcie męczyć swoimi problemami: zjeść czy nie zjeść. Serio, one nikogo zupełnie nie obchodzą. Zarówno ilość jak i jakość tego co kładziecie na swoim talerzu nikogo oprócz Was nie powinna obchodzić. W końcu to Wasze zdrowie. W końcu to moje zdrowie – a ja jednak ufam lekarzom o wiele bardziej niż opiniom amatorów odchudzania. Bardzo dziękuję. Wiem, chcecie dobrze. Ruszajcie poprawiać świat w jakimś innym miejscu.

Dla tych z Was, którzy mają mocne nerwy polecam poczytać (mam nadzieję, że z przerażeniem) komentarze pod tym artykułem. Dla mnie to nowość, że obrażanie kogoś i wpędzanie w poczucie winy ma im pomóc się zmienić na lepsze. Najwyraźniej jednak jest to zupełnie normalne wyzywać ludzi od grubasów w celu pomocy. W czym jednak różni się ten ekstremalny przykład od komentarzy przy stole? Dla mnie prawie niczym się nie różni. Oba zachowania mają na celu wpędzić nas w poczucie winy abyśmy nagle nabrali ochotę katowanie się sportem i dietą dopóki nie osiągniemy idealnych rozmiarów i kształtów. A to wszystko pod przykrywką działań na rzecz naszego zdrowia.

Ja to nazywam: projekcja. To taki termin psychologiczny. Masz problem ze swoją własną wagą? Jesteś ciągle na dietach aby utrzymać zgrabną sylwetkę? Nie jesz niczego poza sałatą (bo jej jedynie przecież POTRZEBUJESZ)? Łykasz multiwitaminy i inne parafarmaceutyki? O tyle częściej będziesz osądzał wszystkich wokół i próbował zmieniać i kontrolować ich zachowania. Proponuję, spójrz w lustro i skup się na własnych potrzebach a nas, grubych zostaw w spokoju. W spokoju tym o wiele łatwiej będzie również nam dbać o nasze zdrowie. Wielkie dzięki :)

Kreatywność

agalcio

No dobrze. Ostatnio pisałam o moich brakach w talentach artystycznych. Ale nie do końca byłam szczera. W mojej pracy bowiem jednym z moich ulubionych zadań jest tworzenie szkoleniowych filmików. Najczęściej są to filmiki dla naszych pracowników ale akurat w tej chwili wyprodukowałam kilka dla naszych klientów. Ta kreatywna praca bardzo mnie bawi a na dodatek, efekt tych starań bardzo mi się podoba…

Oczywiście moja dobra ocena własnych starań nie jest miarodajnym wyznacznikiem mojego talentu w nagrywaniu i edytowaniu filmów szkoleniowych. Jednak i inni są z nich zadowoleni i nadal proszą mnie o zrobienie kolejnych. Kompletnie beznadziejnie więc być nie może.

Kiedyś kolega, specjalista od spraw finansowych, zwierzył mi się, że jest kompletnie nieobeznany z wszelkimi przejawami sztuki. Te wszystkie obrazy i rzeźby. Muzyka, teatr i balety zupełnie do niego nie przemawiają. No za grosz artystycznego talentu. Ani tyci, tyci… Jednak na co dzień sam tworzy przejrzyste i kolorowe grafy i wykresy aby ułatwić zrozumienie skomplikowanych danych finansowych. Czy tworzenie przemyślanych prezentacji biznesowych nie jest żadną sztuką?

Pozwolę sobie stwierdzić, że jednak jest. Nawet układanie towarów w sklepie sztuką może być – w końcu klient ma ten towar znaleźć, dotknąć a najlepiej to kupić :) Dlaczego więc nie zauważamy tych codziennych przejawów naszych talentów i zbywamy je machnięciem ręki?

Osobiście najbardziej właśnie znajdować te niewielkie dowody na naszą ludzką kreatywność… w zadbanych ogródkach i trawnikach, czystych ulicach, smacznym posiłku i amatorskich filmikach na ‘youtubie’. Długo nie pisałam na blogu bo moje własne przejawy twórczej weny wydawały mi się tak bardzo nieadekwatne. Teraz jednak widzę, jak każdym wpisem dawałam upust swoim twórczym potrzebom.

Odkąd zaczęłam również pisać o medytacjach i nagrywać ich własne wersje, jestem jeszcze bardziej przekonana, że każdy z nas powinien tworzyć tak często jak to możliwe, tak wiele jak to możliwe. Nasze życie jest zbyt krótkie aby nie dzielić się tym wszystkim czym możemy z innymi. Nawet jeśli przeczyta, obejrzy lub wysłucha nas tylko jedna osoba – my sami.

Przekornie, najpiękniejsze i najwartościowsze rzeczy często powstają gdyż twórca po prostu nie ma wyjścia – po prostu musi napisać, namalować, nagrać… Nie ma wyjścia, potrzeba tworzenia jest pierwotna, bezwzględna i cudownie natrętna.

Wena_tworcza4

Malować ceramiczne naczynia też można, prawda?

 

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci