Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Chciał dobrze

agalcio

Przy okazji odwiedzin mojego Taty, który niepytany dzieli się swoimi dobrymi radami, będzie dzisiaj o typowym: „chcę przecież jedynie Tobie pomóc”. Szczególnie dotyczy ten wpis wszystkich z nas, których natura oraz (lub) styl życia obdarzyli większymi gabarytami. Wszak przypominanie nam o tym fakcie, niezmiennie skutkuje tym, że ‘bierzemy się za siebie’ i tracimy na wadze w rekordowym czasie – czyli nigdy.

Ostatnio mam problem zdrowotny, który do tej pory nie znalazł swojej przyczyny. Lekarze jeszcze się nie poddali i wysyłają mnie na kolejne badania i testy. Żaden z lekarzy za przyczynę mojego bólu nie podał mojej wagi – wręcz przeciwnie, kiedy zapytałam czy to możliwe, że jest ona powodem moich problemów, każdy kręcił głową i mówił, że nie. Akurat w przypadku mojego problemu, waga najwyraźniej nie ma żadnego znaczenia…

Cóż, mój Ojciec jednak ma swoje własne zdanie. Dla niego wszystkie zdrowotne problemy muszą wynikać z moich błędów żywieniowych. Wszak nie ma innego wyjścia i gruba jestem bo za dużo jem. Nie zauważył widocznie podczas swojej wizyty, że ilość posiłków oraz ich wielkość niczym nie różniła się od tego, co wsuwała ze smakiem jego szczupła narzeczona. W dodatku, aktywne jesteśmy też porównywalnie – ja wiele chodzę (na co dzień nie mam samochodu) – ona chodzi raz w tygodniu na zajęcia zumby i innych ale za to prawie wszędzie jeździ.

Zapomnijmy jednak o porównaniach bo są one w sumie kompletnie nieważne. Nawet gdybym jadła za dwóch i nie ruszała się z kanapy, nadal mój problem zdrowotny nie wynika z mojej wagi. Ani z braku ruchu. Ani z powodu tego, co pakuję do żołądka. No ale przecież, on chciał dobrze, prawda?

Mój Tato jest jednym z tych ludzi, do których musiałam jakoś się przyzwyczaić. Tych, którzy przy śniadaniu sami ze sobą zaczynają konwersację w tym oto stylu: „Zjadłbym jeszcze jednego naleśnika ale już go nie potrzebuję. Chcę, ale nie potrzebuję. Bo szczupłym wolę być. Ale zjadłbym jeszcze. Ale nie potrzebuję.” Reszta zebranych przy stole, wcinając kolejne naleśniki patrzy wielkimi oczami jak taki człowiek się sam ze sobą męczy. I jednocześnie szuka potwierdzenia u innych. Ta właśnie część tak mnie dobija – to czekanie na aprobatę diety przez resztę towarzystwa. Jak dobrze, że mój partner też odpowiada na to: „A ja chcę i jem. W końcu jeśli mam na to ochotę to znaczy, że widocznie potrzebuję”.

Szczerze mówiąc, mam to w nosie ile naleśników on ‘potrzebuje’ albo ‘chce’. Póki są na stole, niech je. Nie ma potrzeby komentować swojego wyboru w nadziei, że inni potwierdzą, że faktycznie, on jednak nie potrzebuje jeść kolejnego naleśnika bo prosto w biodra mu pójdzie. No, w jego przypadku w brzuch. Abstrahując od ilości wypijanego piwa, które zapewne jest główną przyczyną tatusiowego brzuszka, każdy z nas może podejmować własne decyzje. I nie musi nikogo kontrolować ani być kontrolowanym. Ależ ta cała sytuacja przypomniała mi czasy dzieciństwa, kiedy to moi rodzice przy prawie każdym posiłku takie pytania mi zadawali: czy na pewno potrzebujesz aż tyle jeść? Och, spróbowałabym powiedzieć: „Czy na pewno potrzebujesz pić kolejne piwo?” Ależ by się działo :)

Odczepcie się proszę wszyscy od cudzych talerzy i przestańcie męczyć swoimi problemami: zjeść czy nie zjeść. Serio, one nikogo zupełnie nie obchodzą. Zarówno ilość jak i jakość tego co kładziecie na swoim talerzu nikogo oprócz Was nie powinna obchodzić. W końcu to Wasze zdrowie. W końcu to moje zdrowie – a ja jednak ufam lekarzom o wiele bardziej niż opiniom amatorów odchudzania. Bardzo dziękuję. Wiem, chcecie dobrze. Ruszajcie poprawiać świat w jakimś innym miejscu.

Dla tych z Was, którzy mają mocne nerwy polecam poczytać (mam nadzieję, że z przerażeniem) komentarze pod tym artykułem. Dla mnie to nowość, że obrażanie kogoś i wpędzanie w poczucie winy ma im pomóc się zmienić na lepsze. Najwyraźniej jednak jest to zupełnie normalne wyzywać ludzi od grubasów w celu pomocy. W czym jednak różni się ten ekstremalny przykład od komentarzy przy stole? Dla mnie prawie niczym się nie różni. Oba zachowania mają na celu wpędzić nas w poczucie winy abyśmy nagle nabrali ochotę katowanie się sportem i dietą dopóki nie osiągniemy idealnych rozmiarów i kształtów. A to wszystko pod przykrywką działań na rzecz naszego zdrowia.

Ja to nazywam: projekcja. To taki termin psychologiczny. Masz problem ze swoją własną wagą? Jesteś ciągle na dietach aby utrzymać zgrabną sylwetkę? Nie jesz niczego poza sałatą (bo jej jedynie przecież POTRZEBUJESZ)? Łykasz multiwitaminy i inne parafarmaceutyki? O tyle częściej będziesz osądzał wszystkich wokół i próbował zmieniać i kontrolować ich zachowania. Proponuję, spójrz w lustro i skup się na własnych potrzebach a nas, grubych zostaw w spokoju. W spokoju tym o wiele łatwiej będzie również nam dbać o nasze zdrowie. Wielkie dzięki :)

Kreatywność

agalcio

No dobrze. Ostatnio pisałam o moich brakach w talentach artystycznych. Ale nie do końca byłam szczera. W mojej pracy bowiem jednym z moich ulubionych zadań jest tworzenie szkoleniowych filmików. Najczęściej są to filmiki dla naszych pracowników ale akurat w tej chwili wyprodukowałam kilka dla naszych klientów. Ta kreatywna praca bardzo mnie bawi a na dodatek, efekt tych starań bardzo mi się podoba…

Oczywiście moja dobra ocena własnych starań nie jest miarodajnym wyznacznikiem mojego talentu w nagrywaniu i edytowaniu filmów szkoleniowych. Jednak i inni są z nich zadowoleni i nadal proszą mnie o zrobienie kolejnych. Kompletnie beznadziejnie więc być nie może.

Kiedyś kolega, specjalista od spraw finansowych, zwierzył mi się, że jest kompletnie nieobeznany z wszelkimi przejawami sztuki. Te wszystkie obrazy i rzeźby. Muzyka, teatr i balety zupełnie do niego nie przemawiają. No za grosz artystycznego talentu. Ani tyci, tyci… Jednak na co dzień sam tworzy przejrzyste i kolorowe grafy i wykresy aby ułatwić zrozumienie skomplikowanych danych finansowych. Czy tworzenie przemyślanych prezentacji biznesowych nie jest żadną sztuką?

Pozwolę sobie stwierdzić, że jednak jest. Nawet układanie towarów w sklepie sztuką może być – w końcu klient ma ten towar znaleźć, dotknąć a najlepiej to kupić :) Dlaczego więc nie zauważamy tych codziennych przejawów naszych talentów i zbywamy je machnięciem ręki?

Osobiście najbardziej właśnie znajdować te niewielkie dowody na naszą ludzką kreatywność… w zadbanych ogródkach i trawnikach, czystych ulicach, smacznym posiłku i amatorskich filmikach na ‘youtubie’. Długo nie pisałam na blogu bo moje własne przejawy twórczej weny wydawały mi się tak bardzo nieadekwatne. Teraz jednak widzę, jak każdym wpisem dawałam upust swoim twórczym potrzebom.

Odkąd zaczęłam również pisać o medytacjach i nagrywać ich własne wersje, jestem jeszcze bardziej przekonana, że każdy z nas powinien tworzyć tak często jak to możliwe, tak wiele jak to możliwe. Nasze życie jest zbyt krótkie aby nie dzielić się tym wszystkim czym możemy z innymi. Nawet jeśli przeczyta, obejrzy lub wysłucha nas tylko jedna osoba – my sami.

Przekornie, najpiękniejsze i najwartościowsze rzeczy często powstają gdyż twórca po prostu nie ma wyjścia – po prostu musi napisać, namalować, nagrać… Nie ma wyjścia, potrzeba tworzenia jest pierwotna, bezwzględna i cudownie natrętna.

Wena_tworcza4

Malować ceramiczne naczynia też można, prawda?

 

Taniec

agalcio

Zawsze marzyłam o tym, aby posiadać jakiś artystyczny talent. W dzieciństwie lubiłam rysować i malować. Fascynowało mnie granie na instrumentach – nawet odcyfrowywanie nut na lekcjach muzyki nie było dla mnie nużące. Lubiłam śpiewać i tańczyć. Wszystko do momentu, kiedy osoby z autorytetem (nauczycielka muzyki na przykład) wyraźnie dały mi znać, że niestety artystycznych talentów u mnie lekki niedostatek. Podobno śpiewałam zbyt głośno. Nie zdałam egzaminu z rysunku, próbując dostać się na wymarzone studia: architekturę. A mój taniec, cóż, wywoływał głównie uśmiech politowania – trudno powiedzieć, czy z powodu braku koordynacji i wyczucia rytmu, czy z powodu mojej tuszy.

Dzisiaj czasami jest mi przykro, że tak przejmowałam się jakością moich artystycznych zapędów. Teraz lepiej rozumiem, że jeśli jakaś aktywność sprawia nam frajdę, to rezultaty nie są już aż takie ważne. Oceny innych są jednak już we mnie tak głęboko osadzone, że z trudem przychodzi mi oddawać się artystycznym czynnościom. Czasami pomaluję z dziećmi mojego partnera. Z rzadka pośpiewam arie w samochodzie – gdy akurat sama nim jadę. Kiedy jest okazja, potańczę w wolnym stylu w klubie, gdzie większość towarzystwa i tak jest pod wpływem i na nikogo uwagi nie zwraca.

Z wielką przyjemnością jednak, jak najczęściej chłonę muzykę, śpiew, malarstwo, rzeźbiarstwo, taniec i wszelką otaczającą mnie sztukę, i podziwiam wszystkich wykonawców, zarówno profesjonalistów, jak i amatorów. Różnorodność wykonawców szczególne mnie cieszy. Lubię ulicznych grajków zbierających oklaski i monety od przechodniów – nawet mój partner, profesjonalny muzyk zawsze docenia ich często niezauważaną pracę. Spacerując po ulicach Kopenhagi, zawsze wypatruję nowych graffiti, rzeźb i ciekawych budowli. Na koncertach muzyki poważnej, podziwiam piękne głosy solistów.

Niedawno miałam okazję oglądać występ szkoły baletowej w Danii – na Jutlandii. Ze dwie na oko otyłe dziewczyny tańczyły razem z wiotkimi baletnicami. Taniec był udany – nikt nie chował się za kolegami – i chociaż poziom umiejętności był różny, to widowisko było przepiękne. Przede wszystkim widać było jak wszystkim tancerzom i tancerkom taniec sprawia przyjemność. Publiczność nagrodziła występ oklaskami na stojąco. Gdyby nie wstyd, że inni nas bezwzględnie oceniają, co my grubi moglibyśmy osiągnąć? Taniec, pływanie, biegi – to często zajęcia, których unikamy uciekając od oceniających spojrzeń. Wielka szkoda…

Szczerze więc podziwiam każdego, kto nie przejmując się stereotypami, dąży do spełnienia swoich marzeń. Tak wiele grubych kobiet spotyka się z szykanami, kiedy próbuje występować publicznie. Dzisiaj więc składam im hołd – aby tańczyły, śpiewały, i tworzyły nam świat, w którym życie każdego z nas jest tak samo wartościowe oraz zasady estetyki nie są ograniczone sztywnymi normami. Polecam przeczytać ten krótki artykuł o tancerce, której mówiono, że jest gruba i obrzydliwa; a dla czytelnikom angielskojęzycznym, ponownie polecam bloga Ragen Chastain (to jej roztańczoną sylwetkę możecie podziwiać na zdjęciu poniżej). Tymczasem sama idę nagrać krótką relaksującą wizualizację, która niedługo pojawi się tutaj.

Ragen_Chastain

Ciąża czyli tycie

agalcio

Nie, to nie ja jestem w ciąży. Moje nastawienie do posiadania dzieci zupełnie się nie zmieniło. Mam teraz zresztą trójkę dzieci mojego partnera (od czas do czasu) na głowie, więc w zasadzie to tak jakbym to ja sama te dzieci i tak miała ;) Dzisiaj na temat ciąży, ze względu na fakt, że akurat kilkoro współpracowników zaciążyło. Serio mówię, nawet kolega mówi o swojej ciąży, tak jakby sam ją musiał nosić!

Domyślam się, że oczekiwanie na potomstwo jest niezwykle ekscytujące i należy się tą ekscytacją bezwzględnie ze wszystkimi dzielić. Taki temat wszak nie może być dla nikogo nudny przecież. To po prostu nie do pomyślenia :) Słucham cierpliwie opowiadań o rosnących brzuchach, porannych mdłościach, skanach USG, płci dziecka oraz potencjalnych imionach. Nie wspominając o zakupionych łóżeczkach, wózkach, ubrankach i innych, najczęściej bardzo drogich (no bo dla dziecka tylko to co najlepsze, czytaj najdroższe), akcesoriach.

Jakaż to wspaniała praktyka aby wcielić w życie moje postanowienie (nie)noworoczne! Pełna akceptacja. Słucham i nie komentuję. Sama siebie nie poznaję… aż do momentu, kiedy kolega wspomina, że jego ciężarna żona jest coraz większa ale utyła jedynie trzy kilo. 3 KILO!

No, jakoś wytrzymałam. Nadal nie powiedziałam zupełnie nic. Zupełnie.

Wtedy koleżanka odpowiedziała, że ona już jest cięższa o siedem kilogramów. Oj, to ponad dwa razy więcej niż żona kolegi – a dodajmy, że udało im się zaciążyć prawie dokładnie w tym samym czasie. Na szczęście ta cięższa ma usprawiedliwienie – jest wyższa i wolno jej w związku z tym przytyć więcej. Serio, jej WOLNO, tak właśnie sama stwierdziła.

Dobrze, że nie było z nami koleżanki, która z macierzyńskiego właśnie wróciła. Chudsza (podobno z dziesięć kilo) niż przed zajściem. Bo niestety w tym momencie wspomniałam coś o kobietach, które od razu po urodzeniu katują się, aby powrócić do przed-ciążowej wagi, jakby ich życiowy sukces na tym jedynie polegał. Ups. Gdyby akurat koleżanka była obecna, zapewne odebrałaby to jako osobisty atak. Upiekło mi się jednak. Na szczęście reszta towarzystwa zgodziła się, że jednak lepiej skupić się na zdrowiu nowonarodzonego dziecka…

Podobno, po urodzeniu dziecka, tyle jest aktywności przy dziecku, że i tak waga dosłownie spada sama. Bo i czasu nawet aby cokolwiek zjeść nie ma. Sceptyk w mojej głowie zapytywał czy faktycznie do każdego te stereotypy przystają… co z tymi kobietami co zajadają stresy, albo z takimi z chorą tarczycą, których też coraz więcej wśród nas podobno. Ale już nic nie mówiłam. W głowach naszych (mojej również) nieodmiennie panują stereotypy i uogólnienia. Ciąża=tycie. Stres=chudnięcie. I najgłupszy z nich – ocenianie swojej wartości numerkiem na wadze. Owszem, nagłe przybieranie lub ubytki na wadze, powinny być wskazówką aby odwiedzić lekarza, ale stabilna waga na jakimkolwiek poziomie, sama w sobie oznacza bardzo, bardzo niewiele.

Mówią, praktyka czyni mistrza. Oceniam moje starania nieoceniania innych za prawie udane. Dobrze jednak, że jest takie miejsce, gdzie mogę nadal dzielić się swoimi (przez nikogo niepotrzebnymi a być może również niechcianymi) opiniami. Postuluję więc – przestańmy w końcu patrzeć na wagę jako wyznacznik zdrowia. Zbyt dużo innych czynników ma na nasze zdrowie wpływ i czas im się lepiej przyjrzeć: zdrowe i różnorodne pożywienie, umiarkowany ruch, relaks (choćby medytacje), brak nałogów, okresowe badania i odpowiednie leczenie, kiedy jest konieczne. Oto ważniejsze sprawy niż jakiś śmieszny, statystycznie ustalony, odpowiedni numer na wadze!

Waga_z_napisem_male_zdjecie

Ponad Rok

agalcio

Ponad rok minął od mojego pożegnalnego wpisu. Przestałam pisać w tym miejscu z kilku przyczyn. Jedną z nich było poczucie beznadziejności i poczucia, że nie mam w zasadzie nic zupełnie ciekawego do przekazania. Moje pisanie nie jest nic warte i w zasadzie nikt tego nawet nie czyta. W sumie to może i dobrze, bo drugim powodem, dla którego przestałam pisać, było poczucie bycia nieszczerą. Pisałam bloga aby przekazać swoje myśli ale oceniam ten wysiłek jako zupełnie nieudany. Po prostu moich myśli nie potrafię przekazać w takiej formie w jakiej je odbieram. Upiększam je zbytnio. Zmieniam ich wydźwięk. Ugrzeczniam. Lub wyolbrzymiam.

Ciągle jednak piszę. Zawodowo piszę materiały szkoleniowe i mnóstwo e-maili. Prywatnie zapisuję zdarzenia mojego życia formie pamiętnika. Jednak bloga zdecydowałam nie ruszać – skoro nie potrafię być na nim w pełni uczciwa i nie przepuszczać własnych myśli przez filtr kultury wypowiedzi i obawy przed tym jak będę postrzegana. Nie dla mnie budowanie własnego wizerunku. Wolę zamilczeć niż udawać kogoś, kim nie jestem.

Dzisiaj siedzę sobie i słucham delikatnych dźwięków stukania w klawiaturę. Bardzo je polubiłam. Jakieś dziesięć lat temu wszystko zapisywałam odręcznie. Miałam ładne, wyćwiczone pismo. Kreśliłam zgrabne zawijasy liter i układałam z nich okrągłe słowa. Ostatnio moje odręczne pismo jest już prawie nieczytelne.

Pisanie na klawiaturze ma zupełnie inną formę. Każda literka jest taka sama. Elegancka i profesjonalna. Bardzo nudna. Czytelna jednak i zrozumiała – o tyle, o ile czyjeś myśli w formie pisemnej mogą być w ogóle zrozumiałe. Moja ocena moich własnych myśli i mojego o nich pisania jest zdecydowanie negatywna. Zawsze perfekcjonistka, chcę aby moje pisanie miało sens i wartość. Jednak czy moją rolą jest to oceniać – sama siebie nazwałam ekspertem – jednak jestem jedynie krytykiem, którego negatywnych ocen niepotrzebnie słucham.

W moim życiu kończy się kolejny ciekawy okres – czas dojrzewania i wielu wewnętrznych zmian. Odkryłam w sobie zarówno głębokie rany jak i pokłady siły i cierpliwości. Nauczyłam się nowego podejścia do życia – i chociaż są to nadal jedynie niewielkie zmiany, ich potencjalna wartość w przyszłości jest niczym nieograniczona. Z dużą nadzieją czekam na kolejne rezultaty – z wiekiem i praktyką powinny wszak naturalnie zapukać do mych drzwi :) O czym tu mowa? Ano, o zaskakująco prostej praktyce medytacji. Nigdy nie sądziłam, że faktycznie będzie miała ona na mnie tak duży wpływ. Wyobrażałam sobie, że pomoże mi ze stresem i zrelaksuje, ale nie byłam przekonana co do jej innych pozytywnych właściwości.

Wracam tutaj do pisania, z silnym postanowieniem nie słuchania wewnętrznego mojego krytyka. Z sensem czy bez – pisać będę tak czy inaczej. Choćby dlatego, że lubię to miarowe stukanie w klawiaturę co najmniej tak samo jak inne dźwięki wywołujące ASMR. Polecam na bezsenność i stres – nic tak mnie nie uspokaja jak filmiki tej artystki

Otwieram tym samym nowego bloga o medytacji, psychologii i filozofiach wschodu aby dzielić się swoimi wrażeniami z doświadczeń medytacyjnych oraz innych psychologicznych praktyk, które subtelnie acz nieubłaganie zmieniają moją codzienność na odrobinę jaśniejszą, ciekawszą i lepszą – krok po kroku.

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci