Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Ciąża czyli tycie

agalcio

Nie, to nie ja jestem w ciąży. Moje nastawienie do posiadania dzieci zupełnie się nie zmieniło. Mam teraz zresztą trójkę dzieci mojego partnera (od czas do czasu) na głowie, więc w zasadzie to tak jakbym to ja sama te dzieci i tak miała ;) Dzisiaj na temat ciąży, ze względu na fakt, że akurat kilkoro współpracowników zaciążyło. Serio mówię, nawet kolega mówi o swojej ciąży, tak jakby sam ją musiał nosić!

Domyślam się, że oczekiwanie na potomstwo jest niezwykle ekscytujące i należy się tą ekscytacją bezwzględnie ze wszystkimi dzielić. Taki temat wszak nie może być dla nikogo nudny przecież. To po prostu nie do pomyślenia :) Słucham cierpliwie opowiadań o rosnących brzuchach, porannych mdłościach, skanach USG, płci dziecka oraz potencjalnych imionach. Nie wspominając o zakupionych łóżeczkach, wózkach, ubrankach i innych, najczęściej bardzo drogich (no bo dla dziecka tylko to co najlepsze, czytaj najdroższe), akcesoriach.

Jakaż to wspaniała praktyka aby wcielić w życie moje postanowienie (nie)noworoczne! Pełna akceptacja. Słucham i nie komentuję. Sama siebie nie poznaję… aż do momentu, kiedy kolega wspomina, że jego ciężarna żona jest coraz większa ale utyła jedynie trzy kilo. 3 KILO!

No, jakoś wytrzymałam. Nadal nie powiedziałam zupełnie nic. Zupełnie.

Wtedy koleżanka odpowiedziała, że ona już jest cięższa o siedem kilogramów. Oj, to ponad dwa razy więcej niż żona kolegi – a dodajmy, że udało im się zaciążyć prawie dokładnie w tym samym czasie. Na szczęście ta cięższa ma usprawiedliwienie – jest wyższa i wolno jej w związku z tym przytyć więcej. Serio, jej WOLNO, tak właśnie sama stwierdziła.

Dobrze, że nie było z nami koleżanki, która z macierzyńskiego właśnie wróciła. Chudsza (podobno z dziesięć kilo) niż przed zajściem. Bo niestety w tym momencie wspomniałam coś o kobietach, które od razu po urodzeniu katują się, aby powrócić do przed-ciążowej wagi, jakby ich życiowy sukces na tym jedynie polegał. Ups. Gdyby akurat koleżanka była obecna, zapewne odebrałaby to jako osobisty atak. Upiekło mi się jednak. Na szczęście reszta towarzystwa zgodziła się, że jednak lepiej skupić się na zdrowiu nowonarodzonego dziecka…

Podobno, po urodzeniu dziecka, tyle jest aktywności przy dziecku, że i tak waga dosłownie spada sama. Bo i czasu nawet aby cokolwiek zjeść nie ma. Sceptyk w mojej głowie zapytywał czy faktycznie do każdego te stereotypy przystają… co z tymi kobietami co zajadają stresy, albo z takimi z chorą tarczycą, których też coraz więcej wśród nas podobno. Ale już nic nie mówiłam. W głowach naszych (mojej również) nieodmiennie panują stereotypy i uogólnienia. Ciąża=tycie. Stres=chudnięcie. I najgłupszy z nich – ocenianie swojej wartości numerkiem na wadze. Owszem, nagłe przybieranie lub ubytki na wadze, powinny być wskazówką aby odwiedzić lekarza, ale stabilna waga na jakimkolwiek poziomie, sama w sobie oznacza bardzo, bardzo niewiele.

Mówią, praktyka czyni mistrza. Oceniam moje starania nieoceniania innych za prawie udane. Dobrze jednak, że jest takie miejsce, gdzie mogę nadal dzielić się swoimi (przez nikogo niepotrzebnymi a być może również niechcianymi) opiniami. Postuluję więc – przestańmy w końcu patrzeć na wagę jako wyznacznik zdrowia. Zbyt dużo innych czynników ma na nasze zdrowie wpływ i czas im się lepiej przyjrzeć: zdrowe i różnorodne pożywienie, umiarkowany ruch, relaks (choćby medytacje), brak nałogów, okresowe badania i odpowiednie leczenie, kiedy jest konieczne. Oto ważniejsze sprawy niż jakiś śmieszny, statystycznie ustalony, odpowiedni numer na wadze!

Waga_z_napisem_male_zdjecie

Ponad Rok

agalcio

Ponad rok minął od mojego pożegnalnego wpisu. Przestałam pisać w tym miejscu z kilku przyczyn. Jedną z nich było poczucie beznadziejności i poczucia, że nie mam w zasadzie nic zupełnie ciekawego do przekazania. Moje pisanie nie jest nic warte i w zasadzie nikt tego nawet nie czyta. W sumie to może i dobrze, bo drugim powodem, dla którego przestałam pisać, było poczucie bycia nieszczerą. Pisałam bloga aby przekazać swoje myśli ale oceniam ten wysiłek jako zupełnie nieudany. Po prostu moich myśli nie potrafię przekazać w takiej formie w jakiej je odbieram. Upiększam je zbytnio. Zmieniam ich wydźwięk. Ugrzeczniam. Lub wyolbrzymiam.

Ciągle jednak piszę. Zawodowo piszę materiały szkoleniowe i mnóstwo e-maili. Prywatnie zapisuję zdarzenia mojego życia formie pamiętnika. Jednak bloga zdecydowałam nie ruszać – skoro nie potrafię być na nim w pełni uczciwa i nie przepuszczać własnych myśli przez filtr kultury wypowiedzi i obawy przed tym jak będę postrzegana. Nie dla mnie budowanie własnego wizerunku. Wolę zamilczeć niż udawać kogoś, kim nie jestem.

Dzisiaj siedzę sobie i słucham delikatnych dźwięków stukania w klawiaturę. Bardzo je polubiłam. Jakieś dziesięć lat temu wszystko zapisywałam odręcznie. Miałam ładne, wyćwiczone pismo. Kreśliłam zgrabne zawijasy liter i układałam z nich okrągłe słowa. Ostatnio moje odręczne pismo jest już prawie nieczytelne.

Pisanie na klawiaturze ma zupełnie inną formę. Każda literka jest taka sama. Elegancka i profesjonalna. Bardzo nudna. Czytelna jednak i zrozumiała – o tyle, o ile czyjeś myśli w formie pisemnej mogą być w ogóle zrozumiałe. Moja ocena moich własnych myśli i mojego o nich pisania jest zdecydowanie negatywna. Zawsze perfekcjonistka, chcę aby moje pisanie miało sens i wartość. Jednak czy moją rolą jest to oceniać – sama siebie nazwałam ekspertem – jednak jestem jedynie krytykiem, którego negatywnych ocen niepotrzebnie słucham.

W moim życiu kończy się kolejny ciekawy okres – czas dojrzewania i wielu wewnętrznych zmian. Odkryłam w sobie zarówno głębokie rany jak i pokłady siły i cierpliwości. Nauczyłam się nowego podejścia do życia – i chociaż są to nadal jedynie niewielkie zmiany, ich potencjalna wartość w przyszłości jest niczym nieograniczona. Z dużą nadzieją czekam na kolejne rezultaty – z wiekiem i praktyką powinny wszak naturalnie zapukać do mych drzwi :) O czym tu mowa? Ano, o zaskakująco prostej praktyce medytacji. Nigdy nie sądziłam, że faktycznie będzie miała ona na mnie tak duży wpływ. Wyobrażałam sobie, że pomoże mi ze stresem i zrelaksuje, ale nie byłam przekonana co do jej innych pozytywnych właściwości.

Wracam tutaj do pisania, z silnym postanowieniem nie słuchania wewnętrznego mojego krytyka. Z sensem czy bez – pisać będę tak czy inaczej. Choćby dlatego, że lubię to miarowe stukanie w klawiaturę co najmniej tak samo jak inne dźwięki wywołujące ASMR. Polecam na bezsenność i stres – nic tak mnie nie uspokaja jak filmiki tej artystki

Otwieram tym samym nowego bloga o medytacji, psychologii i filozofiach wschodu aby dzielić się swoimi wrażeniami z doświadczeń medytacyjnych oraz innych psychologicznych praktyk, które subtelnie acz nieubłaganie zmieniają moją codzienność na odrobinę jaśniejszą, ciekawszą i lepszą – krok po kroku.

Postanowienie (nie)noworoczne

agalcio

Od zawsze, czyli odkąd pamiętam, odczuwam bolesną potrzebę bycia akceptowaną. Możliwe, że przynajmniej na pewnym etapie życia, wszyscy potrzebujemy czuć się akceptowani. Trudno mi się wypowiadać za innych ale ja sama w dzieciństwie i wczesnej młodości szukałam potwierdzenia, że jestem lubiana. Szukałam go u rodziców, u rówieśników, u nauczycieli. Czasami czułam się lubiana, czasami nie – kiedy rodzice zniecierpliwieni moimi pytaniami prosili abym znalazła sobie jakąś własną rozrywkę; kiedy znajomi nie zaprosili mnie na imprezę; kiedy nauczyciel nie dostrzegł mojej podniesionej ręki, aby odpowiedzieć na pytanie.

Od zawsze również, czuję się ciągle oceniana i porównywana. W dzieciństwie, rodzice oceniali moje zachowanie, charakter i wygląd. Często krytycznie, gdyż nie zawsze byłam grzeczną dziewczynką – o mojej nadwadze, a nawet otyłości nie wspominając. Rówieśnicy też nie pozostawali w tyle, dając mi jasno znać, że nie jestem ani ładna, ani zgrabna, ani specjalnie interesująca. Wszak moim jedynym zainteresowaniem było czytanie książek – jakże nudne dla większości moich znajomych! Wbijając przysłowiowy gwóźdź do tej trumny, zadaniem nauczycieli, za które im wszak płacą, jest ocenianie.

I tak, przez prawie czterdzieści lat życia, uczyłam się porównywać i oceniać, oraz jednocześnie szukać akceptacji u tych, którzy też nauczeni są porównywać i oceniać. Ostatnio jednak zauważyłam, że wydawanie osądów przychodzi mi z niebywałą łatwością, podczas gdy akceptowanie innych jest coraz trudniejsze. Być może, jestem tak wrażliwa na krytykę (faktyczną lub jedynie wyobrażoną), ponieważ sama jestem bardzo surowo oceniającą osobą. Być może, czuję się nieakceptowana, gdyż sama nieszczególnie akceptuję innych. Mogę wiele mówić i pisać o akceptacji oraz tolerancji i jak bardzo ich wszyscy potrzebujemy, ale w moim własnym zachowaniu niewiele z tych cech obserwuję.

Być może, to co napisałam powyżej nie jest dostatecznie jasne. Podam więc kilka przykładów.

Mam kolegę, który urodził się w Danii ale jego rodzice, Kurdowie są imigrantami z Turcji. Ze swoją ciemną karnacją oraz bliskowschodnim wyglądem, wygląda na stereotypowego muzułmanina – szczególnie ostatnio, odkąd postanowił nosić dosyć długą brodę. Jego wygląd, jak na młodego człowieka przed trzydziestką, jest dla mnie co najmniej dziwny, a już na pewno niezrozumiały – ale do mojej oceny jeszcze wrócimy. Ostatnio opowiedział nam anegdotkę z siłowni, gdzie ćwiczenia odbywano w parach, a on zapytał jedną z ćwiczących tam kobiet, czy może chciałaby do niego dołączyć. Za pierwszym razem, kobieta nie odpowiedziała zupełnie i poszła w swoją stronę – on zdziwiony, założył, że być może go nie usłyszała albo nie zrozumiała. Jakiś czas później, a należy również dodać, że w międzyczasie widział, że dziewczyna rozmawia z innymi ćwiczącymi w tutejszym dialekcie i nie wygląda na zbytnią introwertyczkę, ponowił swoje pytanie. Ponownie, dziewczyna nie odpowiedziała jednocześnie patrząc się prosto na niego. Nie miał tym razem wątpliwości, że go usłyszała oraz zrozumiała.

Wróćmy do mnie. Kiedy usłyszałam tę historyjkę, natychmiast postawiłam się na miejscu tej dziewczyny. I oznajmiłam towarzystwu, że ja również raczej nie miałabym ochoty ćwiczyć z moim kolegą, gdybym nie znała go osobiście – tylko i wyłącznie ze względu na jego wygląd ‘zbiegłego islamskiego terrorysty’. Nic nie poradzę – mój umysł posługuje się prostymi stereotypami aby zapewnić mi względne bezpieczeństwo. W ten sam sposób również przekonuję samą siebie do zmiany strony ulicy po której idę, jeśli po mojej stronie widzę grupkę mężczyzn w dresach lub zachowujących się w agresywny i głośny sposób, przywodzący na myśl wizję pijanych chuliganów. Może nie byłabym niegrzeczna i jednak odpowiedziałabym na jego pytanie zamiast udawać, że go nie widzę, ale i tego do końca pewna nie jestem. Przynajmniej do tej mojej nietolerancji, osądzania rzeczywistości po kompletnych pozorach w pełni się przyznaję – zawsze mogę o sobie powiedzieć, że jestem szczera.

Druga sytuacja jaką opiszę, nie bazuje na aż tak powierzchownych cechach, jednak i w niej znajduję moją silną tendencję do oceniania oraz wydawania autorytatywnego osądu, który ewentualnie prowadzi do zupełnej nieakceptacji drugiego człowieka.

Jedna dalsza znajoma, z którą nie mam wiele kontaktu ale od czasu do czasu widuję ją w towarzyskich sytuacjach, zachowuje się w sposób, którego nie potrafię znieść. Nie to, że jest jakaś specjalnie niegrzeczna, jednak potrafi odezwać się w arogancki, autorytatywny sposób. Oto właśnie osoba, która niepytana dzieli się swoim zdaniem lub krytykuje innych, często za coś, na co sama sobie pozwala. W jej przypadku są to szczególnie spóźnienia: jeśli ktoś inny się spóźnia to wywołuje to jej nieprzebraną krytykę o nieodpowiedzialności takiej osoby, sama jednak potrafi spóźniać się nawet godzinę. Nie będę tutaj wymieniać jej wszystkich denerwujących (mnie) zachowań. Efekt jest jednak taki, że unikam jej ile tylko mogę i zdecydowanie nie potrafię zaakceptować nawet jej obecności, kiedy nie mam sposobności jej uniknąć. Mam na tę znajomą intensywną alergię!

Być może to moje okropne uczulenie wynika z faktu, że w jej zachowaniu rozpoznaję swoje najgorsze wady – i nie mowa tutaj o spóźnieniach, gdyż akurat punktualna ze mnie potwora. Przypomina mi ona o tym, że i ja codzienne wydaję osądy: wpierw oceniam innych a potem niepytana dzielę się moimi opiniami. Jednocześnie chcę być akceptowana, również przez tych, których tak sama krytykuję. Czyż nie jest to pełna ironii?

I nie mówię tutaj o tych nowomodnych przekonaniach – karmie lub innej psychologii pozytywnej. Mówię o najprostszym do zrozumienia fakcie. Jak mogę spodziewać się akceptacji od innych, kiedy sama jej dla nich nie mam? Jak mogę spodziewać się, że nie będą mnie osądzać po pozorach, kiedy sama tak właśnie oceniam wszystkich wokół mnie? Mówią, że jeśli Ty uśmiechasz się do świata, to świat uśmiecha się do Ciebie. To nie myślenie magiczne – wiadomo, zawsze będą osoby, które nie nas nie zaakceptują. Ale właśnie te osoby najbardziej potrzebują naszej akceptacji – czy nie najlepiej uczyć innych na własnym przykładzie?

Takie trudne do wcielenia w życie (dla mnie) postanowienie w tym roku mam – okazywać wszystkim swoją akceptację. Jak najmniej oceniać, jak najrzadziej porównywać, a już przede wszystkim nie wypowiadać tych moich autorytatywnych osądów i opinii – szczególnie gdy nikt o nie się nie upomina. To trudne, bo często wyrażam swoje zdanie, zanim zastanowię się, czym jest to zdanie spowodowane i czy faktycznie niezbędne jest, aby w danej chwili nim się dzielić. W efekcie, tym na czym najbardziej chcę się skupić w tym roku, jest robienie pauzy, zanim zacznę mówić. W przerwie tej zadać chcę kilka pytań:

  1. Czy moje zdanie jest podyktowane subiektywną opinią czy obiektywnym faktem? Chociaż czasami trudno zauważyć pomiędzy nimi różnicę, najczęściej jednak łatwo oddzielić nasze osobiste poglądy (chuliganie zawsze chodzą w dresach) od bardziej obiektywnych faktów (pijani ludzie bywają bardziej agresywni).
  2. Czy wyrażenie mojego zdania jest potrzebne oraz przyniesie pozytywny rezultat? Jeśli nikt nie pyta mnie o moją opinię w sprawie, która nie ma wielkiego znaczenia, to niepotrzebne jest jej wypowiadanie. Jeśli jednak mój osąd przyniesie zysk, to podzielę się nim, nawet wtedy gdy nikt bezpośrednio o niego nie prosił.

Moja nauka uważności i medytacje powinny mi w powyższym zadaniu pomóc – taką przynajmniej mam nadzieję :)

Na dokładkę, szczególnie w przypadkach, kiedy moja osobista opinia odbiega diametralnie od zadania innych – czyli kiedy z nimi się nie zgadzam – wbrew swoim przekonaniom, planuję głośno wyrażać swoja akceptację. Nie lubię tatuaży, ale mogę się nimi wręcz zachwycać u kogoś, kto nimi się cieszy. Nie rozumiem osób na wiecznych dietach (w sumie to głównie mi ich szkoda) ale skoro im taki żywot odpowiada, to będę życzyć im jak najlepiej. No, jeśli zapytają o moje zdanie jaka dieta jest najlepsza, to oczywiście powiem, że zdrowe odżywianie i ruch uważam za lepszą opcję niż jakakolwiek dieta :) No i nie powiem już więcej głośno, że dla mnie osoba z pierścionkiem w nosie (szczególnie typowym kółeczkiem) wygląda jak zaobrączkowana krowa na łące a nie jak człowiek. Być może, dzięki temu, ludzie wokół mnie poczują się bardziej akceptowani i spokojniejsi. Być może, dzięki temu, ja sama poczuję się również bardziej akceptowana i spokojniejsza. Takiego Nowego Roku sobie i wszystkim dzisiaj życzę!

Żartuję chyba

agalcio

Nie jestem w stanie na poważnie rozmawiać na żaden temat. Ostatnio po prostu brakuje mi cierpliwości nawet na to aby dyskutować i spierać się z kimkolwiek. Niczyje poglądy mnie nie obchodzą. Pracuję, czytam, oglądam filmy, medytuję. Czasami choruję. Czasami jest mi smutno. Boję się lub martwię. Ale zupełnie nie mam już ochoty komentować i zmieniać świata. Ot, przeszło mi. Nawet pisać dla nikogo, oprócz siebie ochoty nie mam. Ponieważ zostawiłam tego mojego bloga takiego niedokończonego, to postanowiłam dodać ten ostatni wpis. Dla porządku.

Tutaj raczej już nie wrócę. Czas na inne sprawy przeznaczam i żegnam. Życie zabrało mnie w zupełnie inną podróż niż się spodziewałam. Nie lubię być tak zaskakiwana a jednak mnie to cieszy. Odkrywam w sobie zupełnie nowe możliwości. Ponieważ zamykam ten rozdział to życzę wszystkim pozytywnych zmian w Nowym Roku i w latach kolejnych. Powodzenia!

The End

Kontrola

agalcio

Jestem osobą dosyć neurotyczną – niektórzy zapewne argumentowaliby nawet, że bardzo neurotyczną. Wszędzie widzę zagrożenia, często mam poczucie, że nie jestem akceptowana, a na dodatek cierpię na różne lęki i fobie. Do tej pory ‘wspaniale’ sobie radziłam przekonana, że przynajmniej mogę unikać sytuacji, w których byłabym pozbawiona nad nimi pełnej kontroli.

Oczywiście sama siebie okłamywałam. Wszak nie mamy nad własnym życiem aż takiej kontroli jakbyśmy zapewne pragnęli. Możemy do pewnego stopnia wybierać własne zachowanie. Możemy decydować którą z prezentowanych opcji wybierzemy. W ostateczności możemy nawet zamknąć się w czterech ścianach pokoju i nie wyściubiać nosa w celu uniknięcia wszystkich nieprzewidywalnych czynników zewnętrznych w naszym życiu. Lecz cóż to za życie?

Na dodatek, ja nie tylko próbuję kontrolować samą siebie, swoje zachowanie i emocje – ale z pełną premedytacją próbuję kontrolować zachowania i emocje innych osób. To dopiero niewykonalne zadanie! Naturalnie, kiedy te osoby trzecie nie chcą czuć ani czynić według mojego widzimisię, nie tylko nie jestem tym faktem zachwycona, ale również niszczę z nimi dobre relacje. Któż bowiem lubi być przez kogokolwiek kontrolowany?

Nie wyobrażacie sobie (a może właśnie świetnie to rozumiecie) jak trudne jest przestać kierować życiem innych. Takie niewinne komentarze typu: ‘Nie skręcamy w lewo? Tak? To czemu nie zmienisz pasa?’ potrafią wszak zdenerwować kierowcę. Osobiście uwielbiam szkolić i radzić (takie skrzywienie zawodowe), więc jak tu przestać w życiu prywatnym? Bo o ile szkolenie zawodowe pracowników w biurze jest niezbędne, to jednak niekończące się szkolenie partnera, brata, lub przyjaciółki mija się z celem – wszak są oni dorośli i prawo pełne mają do własnych wyborów i pomyłek. Tak samo przecież i ja chcę mieć prawo do własnych decyzji!

Mój nowy eksperyment, podzielę się dzisiaj z Wami, polega więc na zmilczeniu. Nie dawaniu rad – o ile mnie nie poproszą, a i wtedy z umiarem. Nie krytykowaniu decyzji (szczególnie podczas jazdy samochodem :-) oraz nie komentowaniu ich pod kątem własnych opinii. Chociaż jest to niezmiernie dla mnie trudne, postanowiłam zaufać, że inni zajmą się swoim własnym życiem w stopniu zadowalającym (dla nich – nie dla mnie!). Ja tymczasem postaram się zająć swoim własnym.

Na szczęście nie dotyczy to wpisów tutaj – potrzebuję przynajmniej jednego miejsca gdzie mogę podzielić się swoimi osobistymi przemyśleniami :)

za_malo_zaufania_za_duzo_zlosci_2

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci