Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Porażki

agalcio

Dzisiaj zabawna a jednocześnie pouczająca historia z mojego życia. Niecałe dwa tygodnie temu bowiem egzaminem praktycznym zakończyłam mój kurs żeglarski. W tym roku postanowiłam mianowicie przejść oficjalne szkolenie na sternika jachtowego, aby potwierdzić lub sprawdzić moje umiejętności żeglarskie, nabyte podczas niecałych dziesięciu lat amatorskiego i rekreacyjnego żeglowania z moim Ojcem.

Kurs, przyznać muszę, był dosyć męczący. Najpierw trzy-miesięczny kurs z teorii z zajęciami w każdy poniedziałek po pracy, zwieńczony pozytywnie zdanym egzaminem. Po nim, praktyczna żegluga z instruktorem od kwietnia (z przerwą wakacyjną w lipcu), również w poniedziałki. Jak możecie się domyślać, w niektóre poniedziałki po pracy bardzo trudno było mi się zmotywować aby dotrzeć do mariny.

Udało mi się jakoś jednak pojawić w pełnym rynsztunku (żeglarskie spodnie, kurtka, buty, rękawiczki oraz kamizelka ratunkowa będące minimum wyposażenia aspirującej żeglarki) na większości z tych praktycznych zajęć. Uznaję więc już sam fakt uczęszczania na zajęcia za pewien sukces. Na szczęście, pomimo zmęczenia, samo żeglowanie sprawiało mi dużo przyjemności. Nie ma dla mnie chyba większej frajdy niż czas spęczony na wodzie i świeżym powietrzu. Woda to mój żywioł :)

Praktyczne zajęcia skupiały się oczywiście na tych wszystkich elementach żeglowania, które miały być przetestowane na egzaminie praktycznym. Ożaglowanie łodzi, bezpieczne sterowanie, halsowanie i zwroty zarówno przez dziób jak i rufę, nawigacja a nawet żegluga nocą nie sprawiały mi większych problemów. Jednak najważniejszy manewr „człowiek za burtą” sprawiał mi nie lada trudności. O ile zwrot i płynięcie w odpowiednim kierunku nie było problemem, to zdecydowanie o momencie zluzowania żagli tak aby zatrzymać łódź i wyłowić nieszczęśnika za burtą wydawało się kompletnie ponad moje możliwości.

Nie da się ukryć, że nie mam wrodzonego talentu do precyzyjnego oceniania własnej prędkości i kalkulowania kiedy należy ją zacząć zmniejszać aby zatrzymać się w odpowiednim miejscu. Trudność polega po prostu na braku hamulca! W zamian wykorzystuje się w żeglowaniu opór wiatru i fal, na który nie zawsze można w pełni liczyć i który oczywiście jest zmiennie zależny od siły i kierunku tychże czynników.

Nie wiem ile razy manewr „człowiek za burtą” ukończyłam z sukcesem. Na oko wyliczyłam, że prawdopodobieństwo pozytywnego rezultatu wynosi około dziesięć procent… Nic więc dziwnego, że pierwsze podejście do egzaminu praktycznego zakończyło się kompletną porażką!

Nie mogę nawet próbować usprawiedliwić się wyjątkowo wietrzną pogodą podczas tegoż egzaminu, gdyż powtórna próba odbyła się w jeszcze bardziej wietrznych warunkach! Trudno mi też powiedzieć, że fakt oberwania bomem w głowę podczas jednej z prób manewru „człowiek za burtą” był przyczyną mojego beznadziejnego występu. Ten wypadeczek wszak zdarzył się już podczas czwartej lub piątej próby – już po fakcie ‘oblania’ egzaminu…

Taki wstyd przeżyłam, że aż postanowiłam, że właściwie do niczego mi ten cały patent nie jest potrzebny. Na co mi ten ból głowy (i to nie metaforyczny, gdyż uderzenie bomem wywołało u mnie lekki wstrząs mózgu)? Żeglować i tak będę jedynie z innymi, bardziej doświadczonymi żeglarzami… Po co mam próbować ponownie aby jeszcze bardziej wykazać się swoją niewiarygodną wręcz niekompetencją?

Okazało się jednak, że dobry ze mnie gracz zespołowy bo zgodziłam się spróbować ponownie, kiedy koledzy, którzy nie zdali jeszcze egzaminu potrzebowali rąk do pomocy podczas dodatkowego egzaminu zorganizowanego dla takich niedobitków jak ja… W dzień ponownego egzaminu migrena atakowała mnie bez litości, wiatr osiągał siłę 12 metrów na sekundę (to dosyć dużo ale nie sztormowo) a ja pełna byłam wątpliwości czy to ma jakikolwiek sens.

Tym razem przystąpiłam do egzaminu jako ostatnia. Z sukcesem wypłynęłam na żaglach z mariny, wykonałam kilka energicznych zwrotów i z pomocą mojej w pełni męskiej załogi, za pierwszym razem wyłowiłam nieszczęsnego „człowieka za burtą”. Egzaminator, ten sam, który nie miał wyjścia i oblał jedynego uczestnika tegoż żeglarskiego kursu płci żeńskiej, nakazał mi manewr powtórzyć. Pomyślałam oczywiście: nie ma mowy, że to wyjdzie mi po raz drugi! Pamiętacie te 10%? Zgadnijcie? Wyszło?

Zgadza się – wyszło po raz drugi! Widocznie wyczerpałam już moje zasoby pecha na tamten tydzień: lekki wstrząs mózgu, migrena, niesprzyjająca pogoda a nawet mandat za parkowanie (400 PLN – takie tutaj stawki!) tuż przed drugim podejściem do egzaminu. W końcu los się do mnie uśmiechnął i w praktycznie idealnym stylu zdałam mój żeglarski egzamin.

Przygoda ta nauczyła mnie jednego: warto próbować ponownie, nawet jeśli pierwsza, druga a nawet trzecia próba nie wyjdą. Szczególnie jeśli ponowne próby nie wiążą się z dużym dodatkowym kosztem. Jedynym minusem jest bowiem poczucie wstydu lub smutku z odniesionej porażki. Jednak uczucie zadowolenia, kiedy po kilku (wielu nawet) próbach coś w końcu się jednak uda jest tego bezwzględnie warte!

Ostatnio tak próbuję również rysować. Nie każda próba mi wychodzi ale czasami jestem nawet średnio zadowolona z efektów. W szkicowaniu jest coś wyjątkowo relaksującego – być może podczas rysowania osiągam podobny stan umysłu jaki udaje mi się uzyskać podczas medytacji. Różnica polega jedynie na tym, że po sesji medytacji, nie pozostaje żaden fizycznie namacalny ślad. A po sesji szkicowania, można się czymś pochwalić na Instagramie na przykład ;)

Zaglowka

Muminek

agalcio

W tym roku w lipcu ukończyłam okrągłe czterdzieści lat i w prezencie otrzymałam kilkudniową wycieczkę do Helsinek. Wróciłam z niej w niedzielę wieczorem, zachwycona tym ciekawym miastem, interesującymi ludźmi, smacznymi fińskimi potrawami oraz piękną przyrodą. Z całego serca polecam wycieczkę do Finlandii, szczególnie latem, bo domyślam się, że zimą miałabym kompletnie inne odczucia…

Z wycieczki przywiozłam podkładkę pod kubek, która mnie zauroczyła z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze bardzo lubiłam Muminki. Ich charaktery oraz atmosfera stworzona przez Tove Jansson, której wystawę obejrzałam w HAM (Helsinki Art Museum), zawsze mnie fascynowały, gdyż były kompletnie inne niż typowe bajki dla dzieci. Najbardziej lubiłam postać Muminka. Prostota jego charakteru i czerpanie radości z małych przyjemności zawsze mnie pociągały. Jednak co tu dużo ukrywać, bardziej podobna z charakteru na pewno jestem do Małej Mi. Na pewno mówię, to co myślę i jestem często cyniczna. No i mogę oczywiście zapomnieć o najbardziej niesamowitej postaci: Buka, która jest jednocześnie straszna, fascynująca i przejmująco smutna.

Drugim powodem, dla którego kupiłam tę właśnie podkładkę, jest oczywiście jej przekaz. Jak zwykle złośliwa i osądzająca Mała Mi, komentuje problem Muminka słowami, że jest on zbyt gruby. Muminek, nieco zmartwiony sytuacją utknięcia między drzewami, odpowiada jej na to: Nie! Te drzewa rosną zbyt blisko!

Moomin

Z tego prostego rysunku można wyciągnąć ciekawą naukę. Czasami trzeba mieć podejście dokładnie takie same jak Muminek. Tak niewielką kontrolę mamy nad gabarytami naszego ciała – niektórzy z nas są wysocy, inni niscy. Niektórzy chudzi, a inni, jak ja, grubi. Owszem, możemy próbować nieskończenie katować się dietami i ćwiczeniami. Ale często niewiele możemy zdziałać i kończymy tą naszą walkę z własnym ciałem najczęściej na przegranej pozycji… grubsi niż byliśmy, z kontuzjami, z depresją…

Nie warto! Jak Muminek, lepiej po prostu uznać, że to te drzewa są zbyt blisko. O wiele rozsądniej jest po prostu kupić nowe, piękne ubrania w większym rozmiarze, wyjść w nich w świat i doświadczać wszystkiego co może nam przynieść radość, nawet jeśli od czasu do czasu utkniemy gdzieś niczym Muminek.

Może nie wszystkie miejsca będą dla nas przyjazne. Być może ciężko będzie zmieścić się w klasie ekonomicznej w samolocie z naszymi zbyt długimi nogami lub zbyt szerokimi biodrami. Być może ciężko będzie znaleźć strój do nurkowania w odpowiednim rozmiarze, jeśli jesteśmy zbyt niscy lub grubi. Nie szkodzi! I tak warto wyjść i spróbować, bo dopóki stoimy w miejscu atakując swoje ciało i czekając na to, że się ono zmieni, ominie nas wszystko to, co w życiu najpiękniejsze i najciekawsze.

Przyniosłam sobie tę podkładkę do pracy aby na co dzień przypomniała mi o tym prostym fakcie. Wolę bowiem jak Muminek doświadczać w pełni życia w tym ciele, którym obdarzyła mnie natura i moje (czasami może nienajlepsze, ale nadal moje własne) wybory, niż niczym Mała Mi krytykować cynicznie wszystko wokół mnie. Pozostawiam Wam samym do rozważenia, które podejście bardziej Wam odpowiada – ja już zupełnie nie mam w tym temacie żadnych wątpliwości :)

Brzuch

agalcio

Ciekawa jestem jak wiele osób nie ocenia negatywnie własnego brzucha (nie wspominając o brzuchach innych osób). Do tej pory nie spotkałam osoby, która by kategorycznie i z przekonaniem obwieściła, że lubi swój brzuch. Możliwe oczywiście, że niektórzy z nas potrafią zaakceptować i tę część ciała, tak jak na przykład mój partner, który ostatnio objadł się w fast foodzie za dwóch, zrobił sobie zdjęcie swojego brzucha i wysłał do znajomych jako dowód swojego przejedzenia. Ciekawe jednak czy któraś z kobiet odważyłaby się na taki humorystyczny gest…

Co z tym brzuchem więc robimy? Przede wszystkim ukrywamy go na wszelkie możliwe sposoby. Ubrania dobieramy starannie, tak aby żadna nielubiana fałdka nie wystawała ani z przodu ani tym bardziej z boczków. Wciągamy te nasze brzuchy maksymalnie i nigdy, przenigdy w towarzystwie nie pozwalamy sobie na zaczerpnięcie pełnego oddechu. Taki oddech bez wątpienia poprawiłby nasze samopoczucie, dotlenił i uspokoił, ale jednocześnie wypełnił nasz brzuszek i wystawił go by na spojrzenia osób postronnych. Niedoczekanie! Zdesperowane kobiety (a nawet i mężczyźni) wciskają swoje brzuchy w specjalne uciskowe pasy i bieliznę. W tych narzędziach tortur też niespecjalnie łatwo jest nam oddychać ale skoro brzuch i tak mamy permanentnie wciągnięty, to jest nam już wszystko jedno. Dla płaskiego brzucha będziemy cierpieć nawet godzinami!

Nic dziwnego jednak, że taką nasze brzuchy zbudzają w nas niechęć. Tylko nieliczne z kobiet mają szczęście być w pełni zadowolone ze swojego wyglądu, gdyż aktualny ideał zdrowia i piękna to ideał beztłuszczowy – a tłuszcz, jak wiadomo, najłatwiej odkłada się właśnie w okolicach brzucha. Nawet moje bardzo szczupłe koleżanki narzekają na tę, według nich, niepotrzebną i nieestetyczną warstewkę tłuszczu na brzuchu. A co dopiero mają powiedzieć takie grubaski jak ja lub większe!

Mężczyźni często nam w akceptacji naszego brzucha nie pomagają. Doskonale pamiętam scenę przymierzania sukienki przez żonę mojego Ojca i jego komentarz, że ta mu się nie podoba, bo jej brzuch jest zbyt widoczny. Bo on taki esteta jest, że nie podoba mu się gdy cokolwiek jest nieidealne (według aktualnych kanonów piękna oczywiście). Sukienka była przepiękna, czego nie omieszkałam powiedzieć. Chociaż mojego własnego Ojca nie przekonam, to i tak powiedziałam co myślę o jego głupim komentarzu :)

Latem czasem i ja założę sukienkę. W sukienkach mój brzuch również bardziej wystaje – trudniej mi go ukryć bez zakładania bielizny tortur. Jednak mam niewątpliwe szczęście, że mój partner jedynie pozytywnie komentuje mój wygląd i nie uważa, że powinnam ukrywać którąkolwiek z części mojego ciała, tylko dlatego, że nie dorastają do aktualnego ideału piękna. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczna – to dzięki niemu odważyłam się założyć głupią sukienkę po raz pierwszy od wielu lat…

Próbowałam znaleźć jakieś estetyczne zdjęcia dużego brzucha na Internecie. Zgadnijcie co jedynie udało mi się znaleźć. Tak – jedynie zdjęcia problemowego brzucha, którego trzeba pozbyć się za pomocą diet, ćwiczeń lub skalpela, albo brzucha ciążowego. Ten ostatni jest adorowany na potęgę, malowany, fotografowany, rysowany. Jaka szkoda, że zwykły brzuch, bez cudu narodzin, nie może być tak samo wielbiony!

Moj_brzuch

Brzuch jest też jedną z najbardziej wrażliwych części naszego ciała. Miękki i wypełniony delikatnymi wewnętrznymi organami, jest najbardziej narażony na ewentualne ataki i wypadki. Nasz mózg otoczony jest twardą powłoką kości czaszki a nasze serce kryje się za żebrami. Nic więc dziwnego, że niektórzy z nas tak ciężko pracują – ćwiczą intensywnie aby z mięśni brzucha stworzyć ochronną barierę. Wydaje im się, że ta bariera uchroni ich przed strachem i bólem. Otaczają swoją wrażliwą naturę tymi przerośniętymi mięśniami, niczym skorupą.

O ileż lepiej jednak byłoby żyć wśród ludzi, którzy nie boją się okazać własnej słabości i wrażliwości. Ludzi, którzy doceniliby smaczne jedzenie, sprawiający radość ruch oraz przyjemne w dotyku, wygodne i piękne ubrania. Wolałabym żyć wśród ludzi, którzy nie spełniają żelaznych zasad idealnego wyglądu i zdrowia, a w zamian są wyrozumiali, szczęśliwi i spełnieni. Nie katujmy się więc proszę już wyglądem i wielkością naszego brzucha – dbajmy o niego, jak najlepiej potrafimy. Niczym kobiety w ciąży i małe dzieci, odetchnijmy w końcu w pełni!

Gorąco polecam posłuchać (w języku angielskim) – o brzuchu inaczej…

Bezradność

agalcio

Czasami czuję się bardzo bezradnie. Mam wrażenie, że nie mogę nic dosłownie zrobić aby zmienić świat wokół mnie. Dzisiaj na spotkaniu w pracy ogłosili, że i u nas w firmie rozpoczną się badania zdrowia i różne programy aby pracownicy więcej się ruszali i tym podobne inicjatywy. Rozumiem, że inicjatorzy tych pomysłów chcą jedynie pomóc. Przecież chodzi im jedynie o nasze zdrowie. Przecież programy są dobrowolne i nikogo nie będą zmuszać. Przecież to nie może nikomu zaszkodzić…

Jednak problem w tym, że to może zaszkodzić. Osobie, która boryka się z zaburzeniami jedzenia lub kompulsywnego ćwiczenia, dodatkowe zajęcia w pracy mogą poważnie zaszkodzić. Jesteśmy atakowani przeróżnymi dietami, ćwiczeniami i zdrowymi poradami gdziekolwiek się nie obrócimy. Żadnej gazety lub magazynu nie da się przeczytać bez trafienia na artykuł o zdrowiu. Nie wspominając już o innych mediach propagujących sylwetkę jedynie szczupłą i wysportowaną – taką jakiej nie ma jakieś 90% społeczeństwa – a może i więcej.

Czy to takie dziwne, że w pracy chciałabym aby mi nie przypominano o tym jak bardzo ważne dla mojego pracodawcy jest moje zdrowie? Tak ważne, że problemy psychologiczne gówno moją firmę obchodzą. Jednak jak będę więcej się ruszać, to będę miała więcej energii aby siedzieć na dupie przed komputerem i aby pracować za dwóch. Bo przecież nie o moje zdrowie tak naprawdę chodzi – ale o moją energię, mój czas (żebym mniej wolnego na chorobowe brała) i moje umysłowe zdolności (poprawić się mają jeśli tylko będę regularnie ćwiczyć).

Ja chcę ruszać się dla siebie. Chcę mieć więcej energii aby pisać moje blogi, aby rysować, aby czytać. Będę nadal chodzić na długie spacery i jeździć na rowerze. Będę z przyjemnością pływać, kiedy tylko będzie na to okazja. Poćwiczę czasami jogę, jak przyjdzie mi na to ochota. Ale wszystko to będę robić jedynie i wyłącznie dla siebie – a nie dla firmowego zdrowotnego zrywu, który mnie jedynie szczerze mierzi. W dodatku, do tej pory nie wykazano, że takie pomysły przynoszą jakiekolwiek korzyści. Mogłabym podesłać ten artykuł naszej dyrekcji, ale to i tak na niewiele by się zdało. Niestety, rzeczywistość dzisiaj mnie przytłacza i sprawia, że wcale nie mam ochoty pracować :P

Sama w restauracji

agalcio

Nudząc się dzisiaj niemożebnie na szkoleniu, które jest mi średnio potrzebne, przeczytałam artykuł o osobach komentujących kobiety samotnie pojawiające się w kawiarniach, restauracjach i barach. Nie mogę się nadziwić czasami, że samotne przebywanie w miejscach publicznych odbierane jest kompletnie inaczej, gdy osobą samotną jest kobieta niż gdy jest to mężczyzna. Na czym polega ta różnica w postrzeganiu? W czym kobiety różnią się od mężczyzn w naszej podobno postępowej kulturze, że nadal ich pojedyncza obecność w restauracjach nas zaskakuje?

Zrozumiałabym jeszcze gdyby sytuacja miała miejsce w krajach arabskich, gdzie zwyczajowo kobietom zawsze towarzyszy mężczyzna lub przynajmniej koleżanka, dla tak zwanej przyzwoitości. Nie mnie oceniać inne kultury. Ale u nas, w naszym oświeconym kraju? Nie rozumiem.

Z osobistego doświadczenia mogę powiedzieć, że wizyta samej w restauracji, kinie lub parku nie stanowi dla mnie żadnego specjalnego wydarzenia. Często gdy podróżuję służbowo posilam się w restauracjach, gdzie siedzę sama przy stoliku i nie interesuje mnie towarzystwo, gdyż czas po pracy na takich wyjazdach jest dla mnie czasem odpoczynku. W parku pojawiam się sama prawie codziennie bo lubię długie spacery i medytacje na świeżym powietrzu a mój partner nie przepada za żadną z tych opcji. Przecież nie będę go wyciągać na siłę aby tylko uniknąć pełnych politowania spojrzeń przechodniów? Seans w kinie w pojedynkę też jest najlepszą opcją kiedy film, który chcę obejrzeć nie odpowiada nikomu z moich znajomych.

Podejrzewam, że gdybym była mężczyzną, moje samotne wizyty w miejscach gdzie zwykle spotyka się towarzysko, byłoby czymś kompletnie zwyczajnym. W każdym razie nie ma artykułów na temat tego, czy mężczyźni pojawiający się samotnie w restauracjach są tam w celach podrywu. I nikt ich raczej nie pyta, czy mają jakieś obiekcje aby pójść na posiłek bez towarzystwa. I tym zabawnym akcentem zakończę mój dzisiejszy wpis – czasami aż szkoda czasu na takie pisanie nawet podczas bardzo kiepskiego szkolenia…

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci