Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Zdjęcia

agalcio

Mogłabym również zatytułować dzisiejszy wpis: zderzenie lub pogodzenie z rzeczywistością albo wewnętrzne piękno. Lubię jednak proste tytuły a ten wydawał mi się najprostszy.

Lubicie, kiedy robione są Wam zdjęcia? Szczególnie takie z zaskoczenia, kiedy nie macie szansy prosto stanąć, uśmiechnąć się i obrócić ciała oraz głowy tak, aby pokazać się w jak najlepszym świetle. W odróżnieniu od wyidealizowanych portretów oraz selfie, takie zdjęcia oddają najbardziej prawdziwy obraz rzeczywistości. Czasami głowa obrócona jest w dziwnym kierunku. Widać podwójny podbródek lub wystający brzuch. Uśmiech pokazuje zbyt dużo (lub mało) zębów a oczy są akurat przymknięte. Z dużym prawdopodobieństwem zapewne mogę stwierdzić, że pewnie nie lubicie, aby robiono Wam takie zdjęcia.

Wiele kobiet, które znam, głośno protestuje, aby nie robić im zdjęć. Niektóre komentują nawet, jak bardzo nie lubią oglądać samych siebie na zdjęciach. Znam nawet kilku mężczyzn, którzy reagują podobnie, więc nie jest to jedynie kobiecy fenomen. Nie lubimy oglądać siebie na zdjęciach, najczęściej z powodu tego, że nasz naturalny wygląd nie dorasta naszym standardom piękna. Niektórzy z nas są być może bardzo samokrytyczni, więc nawet, jeśli inni przekonują nas o naszej urodzie, i tak nie widzimy na zdjęciach tego, co widzą inni. Jesteśmy zbyt grubi, niscy, skrzywieni… niepotrzebne wykreśl.

Nic dziwnego jednak, że nasze wzory piękna są tak wygórowane. Czerpiemy je wszak głównie z kolorowych magazynów, gdzie Photoshop potrzebny jest nawet najpiękniejszym modelom i modelkom. Prawie nikt nie ogląda z zaciekawieniem nieretuszowanych zdjęć przeciętnych ludzi. Ba, większość z nas raczej z niesmakiem ogląda zdjęcia osób, powszechnie ocenianych, jako brzydkie. Kiedy ostatnio widzieliście i pozytywnie oceniliście zdjęcie grubej osoby, chociażby takiej, wyraźnie zainteresowanej modą?

Praca nad własnymi uprzedzeniami i narzuconymi przez kulturę normami nie jest prosta. Wymaga ona poświęcenia czasu i szukania inspiracji od osób, które skutecznie sprzeciwiły się tym normom. W języku angielskim znam wiele stron oraz blogów, które dają mi taką inspirację. W języku polskim niestety do tej pory niczego nie znalazłam. Namiastką takiego miejsca jest, mam nadzieję, mój blog. Dlatego dzisiaj szczerze opowiadam Wam o moim ostatnim doświadczeniu ze zdjęciami.

W sobotę i niedzielę zwiedzałam dwie galerie sztuki w Kopenhadze razem z gośćmi z Polski. Jedną z goszczących u mnie osób była artystka, która lubi robić wszystkim i wszystkiemu zdjęcia. Oczywiście ja również niejednokrotnie znalazłam się przed jej obiektywem. Jedną lub dwie fotografie zrobiłam sobie sama – tak zwane selfie. Dzisiaj dostałam kilka zdjęć wykonanych przez moją znajomą artystkę i miałam okazję porównać moją reakcję na obie wersje.

Zgadniecie (prawie) na pewno, która poniższa fotografia podoba mi się bardziej. Na pewno też podać możecie powody, dla których podacie swoją odpowiedź na pytanie, „Którą wersję wybrałaby autorka tego bloga, aby umieścić zdjęcie z wizyty galerii na FB?”

Selfie:Selfie

Nie Selfie:

Nie_selfie

Domyślam się, że wybraliście selfie, gdyż wyglądam na nim na mniej grubą, zakrywam część twarzy telefonem oraz mam wyważony uśmiech.

Może jednak się mylę i wybraliście wersję, na której wyglądam naturalnie? Widać pełną (grubą) sylwetkę i niepewny uśmiech, być może lekko skrzywiony, bo akurat złapałam moment robienia zdjęcia. Pamiętam wyraźnie, jak przez myśl przemaszerowało mi zmartwienie jak na tych wszystkich zdjęciach, robionych przez znajomą artystkę, będę wyglądać. Być może widzicie tę moją niepewność na tej właśnie fotografii, dzięki czemu wydaję się Wam bardziej ludzka i wrażliwa. Jednocześnie moja zadarta wysoko broda i głowa być może wskazują, że nie boję się obiektywu aparatu i okazania własnej słabości wobec surowej oceny według obowiązujących kanonów zewnętrznego piękna.

Chociaż na FB podzieliłam się zdjęciem robionym własnoręcznie, gdyż obejmowało ono również stojących za mną gości, to podobają mi się bardziej te zrobione mi z zaskoczenia. Nie udaję na nich nikogo innego. Nie koloruję mojej rzeczywistości odpowiednim ustawieniem i perspektywą. Pozwalam sobie na naturalną pozę oraz uśmiech. W pełni zamieszkuję swoje ciało i obserwuję świat, nie przez pryzmat akceptowalnych norm piękna, lecz raczej przez pryzmat myśli i emocji, jakie otaczający mnie świat (w tym przypadku, świat sztuki nowoczesnej), we mnie wywołuje.

Nic dziwnego, że jednym ze sposobów na samoakceptację, jest właśnie robienie sobie zdjęć. Można zacząć chociażby od selfie naszych ulubionych części ciała. Oswajając się ze swoim wyglądem, uczymy się dostrzegać wewnętrzne piękno, zamiast skupiać się jedynie na zewnętrznych atrybutach. Zauważamy uśmiech w kącikach oczu. Energię drzemiącą w rękach. Pewność kroków. Siłę i wiarę w swoje umiejętności w wyprostowanej sylwetce oraz uniesionej głowie.

Dlatego robię sobie wiele zdjęć i pozwalam innym robić tyle zdjęć, na ile mają ochotę. Nigdy nie mówię już, żeby mnie nie fotografowano. Nie komentuję negatywnie żadnej fotografii. Obserwuję piękno w każdej z nich. Podziwiam uchwyconą aparatem chwilę, choć czasem tak zabawną, kiedy akurat zrobię przez przypadek ‘głupią’ minę. Polecam to proste ćwiczenie każdemu – poszukać głębszego znaczenia i treści w naszych fotografiach poza naszą powierzchownością.

Grubsza

agalcio

Moje leki migrenowe mają efekt uboczny w postaci powiększonego obwodu w pasie. Gdybym była szczuplejsza, fakt ten, być może, bardzo by mnie zdenerwował lub zasmucił. Przy moich wyjściowych gabarytach, dodatkowe centymetry jednak niespecjalnie mnie poruszają. Nie mam też dodatkowych wydatków, ponieważ ubrania w większości nadal na mnie pasują. W drodze do pracy, którą jak zwykle pokonuję kolejką i pieszo, zastanawiałam się nad tym moim dobrym samopoczuciem pomimo mojego ewidentnego przyrostu wszerz…

Z tych moich porannych rozmyślań wynika jasno, że bycie grubą osobą ma właściwie wiele plusów. Z lekką nadwagą dużo trudniej jest nie ulegać pokusom diet lub intensywnych ćwiczeń fizycznych. Z każdego kolorowego magazynu a nawet billboardu (zdjęcie poniżej) bombardują nas cudowne sposoby na zrzucenie x kilogramów lub pozbycie się tak zwanych boczków. Pół biedy, jeśli niektóre z mediów promują jedynie „zdrowy styl życia.” Osiągnięcie pewnego poziomu grubości oznacza pogodzenie się z faktem, że żadna z tych szybkich i cudownych metod nie pomoże w osiągnięciu wymarzonego ideału. Dzięki temu, możemy z politowaniem obserwować nieskończone próby utrzymania w ryzach wagi osób, którym to właściwie kompletne zbędne ze zdrowotnego punktu widzenia przynajmniej.

Poster_small

Niestety prawie zawsze próby odchudzania kończą się ponownym przytyciem. Taki już nasz organizm mądry, że najchętniej pozostawałby w stanie równowagi a utratę wagi traktuje jako sygnał panującego głodu. Włącza zetem wszystkie mechanizmy obronne (ze spowolnieniem metabolizmu na czele), aby ustrzec nas przed śmiercią głodową. Trudność polega oczywiście na tym, że nasza biologia nie rozumie naszej motywacji do utraty wagi – ani tej wynikającej z potrzeb urody, ani tej zdrowotnej. Łatwo oczywiście uwierzyć w istnienie metod pozwalających na uniknięcie efektu jojo, tak często opisywanych również w kolorowych magazynach. Jeśli jednak są one związane z kompulsywnymi ćwiczeniami oraz ustawicznym kontrolowaniem porcji oraz rodzaju pożywienia to, nie oszukujmy się, są one po prostu nieustającymi dietami…

Zdrowy tryb życia nie może polegać bowiem na nieustającej kontroli. Niesłuchanie oznak głodu, chęci na określone pożywienia lub naturalnej potrzeby naszego ciała na ruch nie prowadzi do niczego dobrego. Obsesyjna kontrola nad naszymi ciałami być może pomoże nam zdobyć idealną sylwetkę a niektórym z nas nawet ją przez jakiś czas utrzymać. Jednak wszystkich nas czeka nieuniknione starzenie a im starszy organizm tym mniej podatny na jakiekolwiek próby zewnętrznej kontroli. Nasz wysiłek jest od początku skazany na niepowodzenie a na dodatek, jeśli nie unikniemy efektu jojo, może być szkodliwy dla naszego zdrowia.

I tak wracam do powodu, dla którego mam tak dobre samopoczucie. Ponieważ w żaden sposób nie mamią mnie żadne specjalne diety ani ćwiczenia, mogę z czystą przyjemnością jeść ulubione potrawy wtedy, kiedy jestem głodna. Mogę cieszyć się smakiem warzyw i owoców lub delektować mleczną czekoladą. Grając w karty, chrupię ulubione chipsy. Z radością idę na długi spacer z psem brata, lub na łyżwy z jego pasierbicą. Wczesnym rankiem wsiadam na mój stacjonarny rowerek, aby dwudziestominutowym pedałowaniem pobudzić krew do krążenia i obudzić zmysły (z braku kofeiny wyeliminowanej z powodu migren). Ten mój emocjonalnie zdrowy styl życia najwyraźniej nadal wystarcza, aby cieszyć się względnym zdrowiem, a już na pewno pozwala po prostu cieszyć się życiem – nawet w tym moim grubszym czterdziestoletnim ciele.

Chociaż nie jest to moje ciało idealne a nawet idealnie zdrowe, to służy mi wyjątkowo dobrze. Pozwala nadal chodzić kilometrami oraz pływać. Cieszy je dotyk i słowa miłości. Wysyła wyraźne sygnały głodu lub zmęczenia, oraz przyjemności i ochoty na ruch. Moje ciało jest fiestą!

 

Kościół mówi: ciało jest grzechem.

Nauka mówi: ciało jest maszyną.

Reklamy mówią: ciało jest biznesem.

Ciało mówi: jestem fiestą.

Eduardo Galeano

Porażki

agalcio

Dzisiaj zabawna a jednocześnie pouczająca historia z mojego życia. Niecałe dwa tygodnie temu bowiem egzaminem praktycznym zakończyłam mój kurs żeglarski. W tym roku postanowiłam mianowicie przejść oficjalne szkolenie na sternika jachtowego, aby potwierdzić lub sprawdzić moje umiejętności żeglarskie, nabyte podczas niecałych dziesięciu lat amatorskiego i rekreacyjnego żeglowania z moim Ojcem.

Kurs, przyznać muszę, był dosyć męczący. Najpierw trzy-miesięczny kurs z teorii z zajęciami w każdy poniedziałek po pracy, zwieńczony pozytywnie zdanym egzaminem. Po nim, praktyczna żegluga z instruktorem od kwietnia (z przerwą wakacyjną w lipcu), również w poniedziałki. Jak możecie się domyślać, w niektóre poniedziałki po pracy bardzo trudno było mi się zmotywować aby dotrzeć do mariny.

Udało mi się jakoś jednak pojawić w pełnym rynsztunku (żeglarskie spodnie, kurtka, buty, rękawiczki oraz kamizelka ratunkowa będące minimum wyposażenia aspirującej żeglarki) na większości z tych praktycznych zajęć. Uznaję więc już sam fakt uczęszczania na zajęcia za pewien sukces. Na szczęście, pomimo zmęczenia, samo żeglowanie sprawiało mi dużo przyjemności. Nie ma dla mnie chyba większej frajdy niż czas spęczony na wodzie i świeżym powietrzu. Woda to mój żywioł :)

Praktyczne zajęcia skupiały się oczywiście na tych wszystkich elementach żeglowania, które miały być przetestowane na egzaminie praktycznym. Ożaglowanie łodzi, bezpieczne sterowanie, halsowanie i zwroty zarówno przez dziób jak i rufę, nawigacja a nawet żegluga nocą nie sprawiały mi większych problemów. Jednak najważniejszy manewr „człowiek za burtą” sprawiał mi nie lada trudności. O ile zwrot i płynięcie w odpowiednim kierunku nie było problemem, to zdecydowanie o momencie zluzowania żagli tak aby zatrzymać łódź i wyłowić nieszczęśnika za burtą wydawało się kompletnie ponad moje możliwości.

Nie da się ukryć, że nie mam wrodzonego talentu do precyzyjnego oceniania własnej prędkości i kalkulowania kiedy należy ją zacząć zmniejszać aby zatrzymać się w odpowiednim miejscu. Trudność polega po prostu na braku hamulca! W zamian wykorzystuje się w żeglowaniu opór wiatru i fal, na który nie zawsze można w pełni liczyć i który oczywiście jest zmiennie zależny od siły i kierunku tychże czynników.

Nie wiem ile razy manewr „człowiek za burtą” ukończyłam z sukcesem. Na oko wyliczyłam, że prawdopodobieństwo pozytywnego rezultatu wynosi około dziesięć procent… Nic więc dziwnego, że pierwsze podejście do egzaminu praktycznego zakończyło się kompletną porażką!

Nie mogę nawet próbować usprawiedliwić się wyjątkowo wietrzną pogodą podczas tegoż egzaminu, gdyż powtórna próba odbyła się w jeszcze bardziej wietrznych warunkach! Trudno mi też powiedzieć, że fakt oberwania bomem w głowę podczas jednej z prób manewru „człowiek za burtą” był przyczyną mojego beznadziejnego występu. Ten wypadeczek wszak zdarzył się już podczas czwartej lub piątej próby – już po fakcie ‘oblania’ egzaminu…

Taki wstyd przeżyłam, że aż postanowiłam, że właściwie do niczego mi ten cały patent nie jest potrzebny. Na co mi ten ból głowy (i to nie metaforyczny, gdyż uderzenie bomem wywołało u mnie lekki wstrząs mózgu)? Żeglować i tak będę jedynie z innymi, bardziej doświadczonymi żeglarzami… Po co mam próbować ponownie aby jeszcze bardziej wykazać się swoją niewiarygodną wręcz niekompetencją?

Okazało się jednak, że dobry ze mnie gracz zespołowy bo zgodziłam się spróbować ponownie, kiedy koledzy, którzy nie zdali jeszcze egzaminu potrzebowali rąk do pomocy podczas dodatkowego egzaminu zorganizowanego dla takich niedobitków jak ja… W dzień ponownego egzaminu migrena atakowała mnie bez litości, wiatr osiągał siłę 12 metrów na sekundę (to dosyć dużo ale nie sztormowo) a ja pełna byłam wątpliwości czy to ma jakikolwiek sens.

Tym razem przystąpiłam do egzaminu jako ostatnia. Z sukcesem wypłynęłam na żaglach z mariny, wykonałam kilka energicznych zwrotów i z pomocą mojej w pełni męskiej załogi, za pierwszym razem wyłowiłam nieszczęsnego „człowieka za burtą”. Egzaminator, ten sam, który nie miał wyjścia i oblał jedynego uczestnika tegoż żeglarskiego kursu płci żeńskiej, nakazał mi manewr powtórzyć. Pomyślałam oczywiście: nie ma mowy, że to wyjdzie mi po raz drugi! Pamiętacie te 10%? Zgadnijcie? Wyszło?

Zgadza się – wyszło po raz drugi! Widocznie wyczerpałam już moje zasoby pecha na tamten tydzień: lekki wstrząs mózgu, migrena, niesprzyjająca pogoda a nawet mandat za parkowanie (400 PLN – takie tutaj stawki!) tuż przed drugim podejściem do egzaminu. W końcu los się do mnie uśmiechnął i w praktycznie idealnym stylu zdałam mój żeglarski egzamin.

Przygoda ta nauczyła mnie jednego: warto próbować ponownie, nawet jeśli pierwsza, druga a nawet trzecia próba nie wyjdą. Szczególnie jeśli ponowne próby nie wiążą się z dużym dodatkowym kosztem. Jedynym minusem jest bowiem poczucie wstydu lub smutku z odniesionej porażki. Jednak uczucie zadowolenia, kiedy po kilku (wielu nawet) próbach coś w końcu się jednak uda jest tego bezwzględnie warte!

Ostatnio tak próbuję również rysować. Nie każda próba mi wychodzi ale czasami jestem nawet średnio zadowolona z efektów. W szkicowaniu jest coś wyjątkowo relaksującego – być może podczas rysowania osiągam podobny stan umysłu jaki udaje mi się uzyskać podczas medytacji. Różnica polega jedynie na tym, że po sesji medytacji, nie pozostaje żaden fizycznie namacalny ślad. A po sesji szkicowania, można się czymś pochwalić na Instagramie na przykład ;)

Zaglowka

Muminek

agalcio

W tym roku w lipcu ukończyłam okrągłe czterdzieści lat i w prezencie otrzymałam kilkudniową wycieczkę do Helsinek. Wróciłam z niej w niedzielę wieczorem, zachwycona tym ciekawym miastem, interesującymi ludźmi, smacznymi fińskimi potrawami oraz piękną przyrodą. Z całego serca polecam wycieczkę do Finlandii, szczególnie latem, bo domyślam się, że zimą miałabym kompletnie inne odczucia…

Z wycieczki przywiozłam podkładkę pod kubek, która mnie zauroczyła z dwóch powodów. Po pierwsze zawsze bardzo lubiłam Muminki. Ich charaktery oraz atmosfera stworzona przez Tove Jansson, której wystawę obejrzałam w HAM (Helsinki Art Museum), zawsze mnie fascynowały, gdyż były kompletnie inne niż typowe bajki dla dzieci. Najbardziej lubiłam postać Muminka. Prostota jego charakteru i czerpanie radości z małych przyjemności zawsze mnie pociągały. Jednak co tu dużo ukrywać, bardziej podobna z charakteru na pewno jestem do Małej Mi. Na pewno mówię, to co myślę i jestem często cyniczna. No i mogę oczywiście zapomnieć o najbardziej niesamowitej postaci: Buka, która jest jednocześnie straszna, fascynująca i przejmująco smutna.

Drugim powodem, dla którego kupiłam tę właśnie podkładkę, jest oczywiście jej przekaz. Jak zwykle złośliwa i osądzająca Mała Mi, komentuje problem Muminka słowami, że jest on zbyt gruby. Muminek, nieco zmartwiony sytuacją utknięcia między drzewami, odpowiada jej na to: Nie! Te drzewa rosną zbyt blisko!

Moomin

Z tego prostego rysunku można wyciągnąć ciekawą naukę. Czasami trzeba mieć podejście dokładnie takie same jak Muminek. Tak niewielką kontrolę mamy nad gabarytami naszego ciała – niektórzy z nas są wysocy, inni niscy. Niektórzy chudzi, a inni, jak ja, grubi. Owszem, możemy próbować nieskończenie katować się dietami i ćwiczeniami. Ale często niewiele możemy zdziałać i kończymy tą naszą walkę z własnym ciałem najczęściej na przegranej pozycji… grubsi niż byliśmy, z kontuzjami, z depresją…

Nie warto! Jak Muminek, lepiej po prostu uznać, że to te drzewa są zbyt blisko. O wiele rozsądniej jest po prostu kupić nowe, piękne ubrania w większym rozmiarze, wyjść w nich w świat i doświadczać wszystkiego co może nam przynieść radość, nawet jeśli od czasu do czasu utkniemy gdzieś niczym Muminek.

Może nie wszystkie miejsca będą dla nas przyjazne. Być może ciężko będzie zmieścić się w klasie ekonomicznej w samolocie z naszymi zbyt długimi nogami lub zbyt szerokimi biodrami. Być może ciężko będzie znaleźć strój do nurkowania w odpowiednim rozmiarze, jeśli jesteśmy zbyt niscy lub grubi. Nie szkodzi! I tak warto wyjść i spróbować, bo dopóki stoimy w miejscu atakując swoje ciało i czekając na to, że się ono zmieni, ominie nas wszystko to, co w życiu najpiękniejsze i najciekawsze.

Przyniosłam sobie tę podkładkę do pracy aby na co dzień przypomniała mi o tym prostym fakcie. Wolę bowiem jak Muminek doświadczać w pełni życia w tym ciele, którym obdarzyła mnie natura i moje (czasami może nienajlepsze, ale nadal moje własne) wybory, niż niczym Mała Mi krytykować cynicznie wszystko wokół mnie. Pozostawiam Wam samym do rozważenia, które podejście bardziej Wam odpowiada – ja już zupełnie nie mam w tym temacie żadnych wątpliwości :)

Brzuch

agalcio

Ciekawa jestem jak wiele osób nie ocenia negatywnie własnego brzucha (nie wspominając o brzuchach innych osób). Do tej pory nie spotkałam osoby, która by kategorycznie i z przekonaniem obwieściła, że lubi swój brzuch. Możliwe oczywiście, że niektórzy z nas potrafią zaakceptować i tę część ciała, tak jak na przykład mój partner, który ostatnio objadł się w fast foodzie za dwóch, zrobił sobie zdjęcie swojego brzucha i wysłał do znajomych jako dowód swojego przejedzenia. Ciekawe jednak czy któraś z kobiet odważyłaby się na taki humorystyczny gest…

Co z tym brzuchem więc robimy? Przede wszystkim ukrywamy go na wszelkie możliwe sposoby. Ubrania dobieramy starannie, tak aby żadna nielubiana fałdka nie wystawała ani z przodu ani tym bardziej z boczków. Wciągamy te nasze brzuchy maksymalnie i nigdy, przenigdy w towarzystwie nie pozwalamy sobie na zaczerpnięcie pełnego oddechu. Taki oddech bez wątpienia poprawiłby nasze samopoczucie, dotlenił i uspokoił, ale jednocześnie wypełnił nasz brzuszek i wystawił go by na spojrzenia osób postronnych. Niedoczekanie! Zdesperowane kobiety (a nawet i mężczyźni) wciskają swoje brzuchy w specjalne uciskowe pasy i bieliznę. W tych narzędziach tortur też niespecjalnie łatwo jest nam oddychać ale skoro brzuch i tak mamy permanentnie wciągnięty, to jest nam już wszystko jedno. Dla płaskiego brzucha będziemy cierpieć nawet godzinami!

Nic dziwnego jednak, że taką nasze brzuchy zbudzają w nas niechęć. Tylko nieliczne z kobiet mają szczęście być w pełni zadowolone ze swojego wyglądu, gdyż aktualny ideał zdrowia i piękna to ideał beztłuszczowy – a tłuszcz, jak wiadomo, najłatwiej odkłada się właśnie w okolicach brzucha. Nawet moje bardzo szczupłe koleżanki narzekają na tę, według nich, niepotrzebną i nieestetyczną warstewkę tłuszczu na brzuchu. A co dopiero mają powiedzieć takie grubaski jak ja lub większe!

Mężczyźni często nam w akceptacji naszego brzucha nie pomagają. Doskonale pamiętam scenę przymierzania sukienki przez żonę mojego Ojca i jego komentarz, że ta mu się nie podoba, bo jej brzuch jest zbyt widoczny. Bo on taki esteta jest, że nie podoba mu się gdy cokolwiek jest nieidealne (według aktualnych kanonów piękna oczywiście). Sukienka była przepiękna, czego nie omieszkałam powiedzieć. Chociaż mojego własnego Ojca nie przekonam, to i tak powiedziałam co myślę o jego głupim komentarzu :)

Latem czasem i ja założę sukienkę. W sukienkach mój brzuch również bardziej wystaje – trudniej mi go ukryć bez zakładania bielizny tortur. Jednak mam niewątpliwe szczęście, że mój partner jedynie pozytywnie komentuje mój wygląd i nie uważa, że powinnam ukrywać którąkolwiek z części mojego ciała, tylko dlatego, że nie dorastają do aktualnego ideału piękna. Jestem mu za to niezmiernie wdzięczna – to dzięki niemu odważyłam się założyć głupią sukienkę po raz pierwszy od wielu lat…

Próbowałam znaleźć jakieś estetyczne zdjęcia dużego brzucha na Internecie. Zgadnijcie co jedynie udało mi się znaleźć. Tak – jedynie zdjęcia problemowego brzucha, którego trzeba pozbyć się za pomocą diet, ćwiczeń lub skalpela, albo brzucha ciążowego. Ten ostatni jest adorowany na potęgę, malowany, fotografowany, rysowany. Jaka szkoda, że zwykły brzuch, bez cudu narodzin, nie może być tak samo wielbiony!

Moj_brzuch

Brzuch jest też jedną z najbardziej wrażliwych części naszego ciała. Miękki i wypełniony delikatnymi wewnętrznymi organami, jest najbardziej narażony na ewentualne ataki i wypadki. Nasz mózg otoczony jest twardą powłoką kości czaszki a nasze serce kryje się za żebrami. Nic więc dziwnego, że niektórzy z nas tak ciężko pracują – ćwiczą intensywnie aby z mięśni brzucha stworzyć ochronną barierę. Wydaje im się, że ta bariera uchroni ich przed strachem i bólem. Otaczają swoją wrażliwą naturę tymi przerośniętymi mięśniami, niczym skorupą.

O ileż lepiej jednak byłoby żyć wśród ludzi, którzy nie boją się okazać własnej słabości i wrażliwości. Ludzi, którzy doceniliby smaczne jedzenie, sprawiający radość ruch oraz przyjemne w dotyku, wygodne i piękne ubrania. Wolałabym żyć wśród ludzi, którzy nie spełniają żelaznych zasad idealnego wyglądu i zdrowia, a w zamian są wyrozumiali, szczęśliwi i spełnieni. Nie katujmy się więc proszę już wyglądem i wielkością naszego brzucha – dbajmy o niego, jak najlepiej potrafimy. Niczym kobiety w ciąży i małe dzieci, odetchnijmy w końcu w pełni!

Gorąco polecam posłuchać (w języku angielskim) – o brzuchu inaczej…

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci