Menu

Gruba Feministka

Sarkastyczny przekaz osobistych opinii

Wychowanie

agalcio

Niedzielne popołudnie spędziłam z kuzynami i ich dziećmi. Jak na osobę samotną i bezdzietną całkiem lubię bawić się z maluchami. Chyba przede wszystkim z powodu ograniczonej odpowiedzialności oraz ramy czasowej. Jako nie-rodzic nie muszę dzieci ‘wychowywać’ przez te zaledwie kilka godzin, które z nimi spędzam. Dziecięcy hałas nie ma też szansy mnie zdenerwować w tak krótkim czasie, szczególnie iż mam świadomość, że zaraz wrócę do cichego i spokojnego domu.

Normalnie nie doradzam ani nie krytykuję metod wychowawczych moich kuzynów. W końcu jedyne doświadczenie jakie mnie nie ominęło to wychowanie przez moich rodzinców. Nie wiem jak sama podchodziłabym do sprawy wychowania własnych dzieci – nie jestem tym tematem też specjalnie zainteresowana ani nie odebrałam żadnej pedagogicznej edukacji. Wydaje mi się zresztą, że dzieci w mojej rodzinie wychowywane są na ogólnie radosne jednostki. Niewiele jest krzyku i strofowania, ale jednocześnie wyraźnie postawione są granice odpowiedniego zachowania.

Jednak nie udało mi się powstrzymać przed skomentowaniem niezrozumiałej dla mnie tendencji odnoszenia się do dziecięcej wagi. Sądzę, że nie tylko w mojej rodzinie dorośli tak silnie skupiają się na wyglądzie/wadze dzieci. Bez przerwy martwią się wszelkimi odchyleniami od ‘tak zwanej’ normy. Wszystkie dzieci w mojej rodzinie są według mnie zupełnie ‘w normie’. Nawet najmniejszy chłopczyk, który faktycznie okazuje małą niechęć do jedzenia, nie wygląda na zagłodzone dziecko! A jednak i dziadek i ojciec wmawiają najstarszej dziewczynce (sześcioletniej!), że powinna więcej jeść bo jest za chuda.

Z własnego doświadczenia wiem jak negatywny wpływ może wywrzeć na dziecku nawet żartobliwe ocenianie wagi oraz ilości spożywanego jedzenia. U mnie sprowadzało się to do nieustannego przypominania, że jestem za gruba więc powinnam jeść mniej, u mojego brata do nieustannego namawiania aby zjadl jeszcze jedną łyżeczkę... Zaspokajanie głodu jest najbardziej naturalną wrodzoną czynnością. Dzieci powinny mieć wybór kiedy, co i ile chcą zjeść. Oczywiście w ramach ustanowionych przez rodziców. Abstrahując od przypadków faktycznie ekstremalnych, dzieci nie potrzebują aby ich instynktowne potrzeby były tłumione lub sztucznie generowane. U zdrowych dzieci organizmy same uregulują dobór i ilość pożywienia.

O ile jeszcze mogę przecierpieć słuchanie: zjedz więcej/mniej (niepotrzebne wykreślić) to już nie jestem  w stanie słuchać: jesteś taka chuda/gruba (niepotrzebne wykreślić). Dzieci uczą się od dorosłych – skupienie na wyglądzie okazuje im dobitnie jakie są najwyższe wartości w społeczeństwie. Nie inteligencja, wiedza, umiejętności, dobro, wrażliwość, radość, miłość. Wygląd! Oczywiście innym zagadnieniem jest jak ten wpływa na życie o czym już co nieco napisałam.

Mało, że od dziecka tak nam wmawiają niesłuszne życiowe priorytety, to w dodatku natychmiast określają naszą samoocenę. Coraz młodsze dzieci próbują diet odchudzających co dla ich rozwijających się organizmów jest prawdziwą tragedią. Zbytnia chudość też potrafi dokuczyć – szczególnie kiedy zostaje nam wmówiona przez najbliższą rodzinę! Zamiast budować wartość naszych dzieci – wartość opartą na ich talencie, energii i dokonaniach – niszczymy ich samoocenę skupiając się na wyglądzie.

Apeluję więc do rodziców o moment zastanowienia zanim powtórzą wyświechtane frazesy słyszane przez większość z nas. Powiedzmy ‘naszym’ dzieciom choć razy kilka, że są wspaniałe i cudowne. Chwalmy za umiejętności. Pomagajmy konstruktywnie z trudnościami. I nigdy, przenigdy nie skupiajmy się już jedynie na wyglądzie. Bo wszystkie dzieci, bo wszyscy ludzie są piękni w swojej niedoskonałości.

© Gruba Feministka
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci